poniedziałek, 3 grudnia 2012

Znaki

            W życiu, w przyrodzie, podczas naszych codziennych zajęć i wyborów, za sprawą pojmowania intuicyjno – kognitywnego, towarzyszą nam odczucia, wskazówki, pewność i tajemniczość chwili. Manifestują się na poziomie oznaczeń; w różnych sytuacjach, zdarzeniach, a także za pomocą ludzkich postaw. Są one dla nas możliwością i jednocześnie alternatywą, wyznaczającym kierunki dla naszego postępowania. Stanowią drogowskaz, który wyraźnie informuje nas o obranej przez wolę drodze – wszystko jest wówczas czytelne i przejrzyste. Po uprzednim upewnieniu się, co do słuszności tego, co wybraliśmy, idziemy zgodnie z intuicyjnym wyborem. Już filozof, pochodzący z naszego obszaru Henri Bergson, który wywodził się z polskich Żydów, postawił wyżej intuicyjność i strumień świadomości, ponad kartezjańskim racjonalizmem. Był najbliżej całkowitej Prawdy, jak wykazały doświadczenia. W fizyce podważono już bowiem „żelazne zasady” jak: mechanika newtonowska, zasady termodynamiki i występowania ciągłości czasu oraz materii. Przedefiniowano wiele wcześniejszych, naukowych założeń. Naukowcy tak naprawdę nadal nic nie wiedzą, o esencji materii, o skali ludzkiego ducha, a także na temat fundamentalnego pytania: skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy? Istnieją jedynie mało wartościowe hipotezy, które to nie dają nam zadowolenia. Jak zatem mamy postępować, czym się kierować w życiu, co będzie w zgodzie z nami? Don Juan de Matus, bohater książek Carlosa Castanedy i autentyczna postać wskazuje: „Wędruję tylko po ścieżkach, które mogą mieć serce, przemierzać je to jedyne wyzwanie warte podjęcia. Oto którędy wędruję i patrzę, patrzę z zapartym tchem”. Przede wszystkim wskazuje się tu na Drogę Serca, a nie Rozumu, jest to poniekąd bliskie wizji naszych romantyków, romantyków czasów Słowackiego, Mickiewicza; a także Norwida, czy Polaka z pochodzenia Josepha Conrada (Józefa Korzeniowskiego). Tam świat też był tajemniczym miejscem, gdzie zachodziły niewytłumaczalne na zwykły, ludzki rozum procesy i wokół panowała atmosfera magii oraz niepoznawalności. Czy byli oni przez to bliżej prawdy? Zapewne tak, ponieważ normalny i tym samym nudny racjonalizm nie daje nam odpowiedzi na szereg nurtujących nas pytań, jest jedynie ersatzem, śmieszną namiastką wyprowadzania skutków z przyczyn. A do totalnej definicji tych drugich, już nie stosuje odpowiednich uzasadnień, opierając się tylko na naprędce skonstruowanych i wciąż zmieniających się paradygmatach. Prawdziwym i najpełniejszym wyrazem naszych dążeń do celu, siły woli i natężenia przeczuć, które stoją wyżej nad jak to mówi mój dobry znajomy – „tanim chińskim rozumem”, pozostaje więc Stan Ducha. Zauważyli to już Hegel i Nietzsche, w dobie braku pokory i buńczuczności belle epoque sprzeciwiając się tym tyranii logiki i matematycznych aksjomatów, czy kompletnej systematyki pojęć. Wówczas przypominało to skatalogowanie wszystkiego, co się dało, na zbiory i podzbiory, obowiązywał język logiki, która miała obejmować swoim zasięgiem dosłownie wszystko, co tylko objąć się dało. Aby to ukazać można cofnąć się chociażby do kolonialnych ideologii brytyjskiego „jingoizmu” (czyli rzekomego prymatu kultury brytyjskiej, nad innymi)i europocentryzmu. Wszystkie one brały swój początek właśnie z logiki – skoro zatem, jak myślano – biały człowiek zdominował obce kraje i ich cywilizacje, wnoszono, wg pojęć naukowych, iż promuje najlepszą na świecie cywilizację białego człowieka. Koniec wywodu. Jak bardzo było to mylne myślenie, pokazało samo życie i rozpad wcześniejszych imperiów kolonialnych. II wojna światowa dokonała ostatecznego rozrachunku z tą ideą, a na fali wątpliwości ukazał się wkrótce egzystencjalizm Sartre’a. Nietzsche wspólnie z Kierkegaardem byli poniekąd jego prekursorami. Tyle, że w tym systemie obowiązywały: bezwład, hedonizm i niepewność jutra. A także akcentowanie systemu moralnego w człowieku i jego osamotnienia wobec Losu, czy Boga, w istnienie sił nadprzyrodzonych nie wierzono. Liczyło się dla nich tu i teraz. W tej zasadzie – promowania teraźniejszości, porównać ich można do buddystów oraz do praktyków szamanizmu Castanedy. Dla myślowych systemów europejskich: zarówno logicznych, scholastycznych, socjalistycznych, marksowskich, liberalnych, konserwatywnych, neoplatońskich etc. jest jedna wspólna cecha i zarazem wyraźna słabość: brak pogodzenia ze sobą sprzeczności i obsesyjne stawianie na związki przyczynowo – skutkowe. Uporczywe akcentowanie indukcjonizmu, dedukcji, determinizmu, biologizmu lub redukcjonizmu. Inaczej wygląda to na Wschodzie, tam sprzeczności dają się ze sobą pogodzić, jak również mamy więcej do czynienia z zasadą Złotego Środka. Na Zachodzie to nie występuje: przesunięto akcenty  na krańcowo logiczne i autonomiczne względem siebie, nie komplementarne. Poza tym nie widać koherentności, panuje kompletne zamieszanie, powstałe w wyniku zbytniego podziału na dziedziny i specjalizacje. Hermeneutyka Diltheya, czyli nauka o życiowym zastosowaniu nauk humanistycznych w praktyce, promowana w burzliwym przełomie lat 60/70 XX wieku, nie ma jak dotąd zastosowania. Brakuje nadal połączenia nauk, systemów, praktyk, filozofii czy religii w spójny system, uzasadniający bieg wydarzeń w świecie i pozwalający na skuteczną w nim orientację człowieka. Mogący wpłynąć na wydatne polepszenie jego ludzkiej kondycji i uspokojenie lęku egzystencjalnego, na zasadzie odpowiedzi na pytania, co potem? Wciąż jeszcze niczego takiego nie uzyskaliśmy, nadal na to czekamy. Ale widzimy jednocześnie bezsensowne wydatki na potężne budowle rozszczepiające elektrony i spore nakłady na nauki inżynieryjno – techniczno – matematyczne, w tym fizykę i kosmonautykę, które nie dają wyczerpujących odpowiedzi, nie wnoszą nic wartościowego do naszego życia oraz zostały stworzone tylko i wyłącznie dla czyjejś próżności. Bo wyrosła w ten sposób dobrze opłacana klasa naukowców, korzystająca z dobrodziejstw ekonomicznego rozwoju, która odseparowała się od zwykłego życia, ludzkich problemów i zadawania problematycznych pytań – w swojej istocie konserwatywna, podcinająca skrzydła ludziom, będącym rzekomo bez kwalifikacji. Tym, którzy pozostają bez widocznego mecenatu ze strony środowisk, mogących ich poprzeć, a jednak tego nie czyniących tego. Alternatywne i nie linearne myślenie już teraz zostało przez nich okrzyknięte za wywrotowe, widokiem na to, było chociażby odebranie praw do doktoratu wspomnianemu już Carlosowi Castanedzie. Środowiska naukowe stały się przez to hermetyczne; podobnie zresztą jak korporacje, przyjmujące na zasadzie protekcji. Humanizm, jako szansa na zespolenie nauk i powołanie nowego, jest rugowany na rzecz nauk ścisłych. Inżynieria, czyli sucha logika pozbawiona tajemniczych pierwiastków tryumfuje, jak nowy pozytywizm. Materia i organiczność znów są na pierwszym rzucie. Nie porusza się już tematów na to, co niepewne i stwarzające trudności, za to dobudowuje się teoretyczne przybudówki do już istniejących teorii, kasując za to spore wynagrodzenia. Nauka przestała służyć człowiekowi,za to umożliwia start w wyścigu o stołki i wspiera dalszą komercjalizację rynku. Przykładami na taki stan rzeczy są: „badania naukowe” wspierające marketing i uzasadniające, czy też ustanawiające nowe trendy w konsumpcji. Strategie jak „product placement”, manipulacje socjologiczne i psychologiczne, stosowane na klientach, w służbie wielkich koncernów, które opłacają „zespoły badawcze”, złożone właśnie z wielu kupionych naukowców. Zjawisko drenażu mózgów.
Wszystko to stało się w wysokim stopniu obłudne i zarezerwowane dla różnej maści klakierów. Myślący inaczej, co nie znaczy, że gorzej, cofnęli się do rezerwatu niezależnego undergroundu, który to będzie mieć kiedyś największą siłę przebicia, zgodnie z przesłaniem Ery Wodnika. W jej zakres wchodzą takie zjawiska i synonimy jak: niezależne media, zwiększająca swój  udział ludzka świadomość i autonomiczny przekaz informacji: You tube, Twitter, Facebook, portale społecznościowe, blogi, niezależne wytwórnie filmowe etc. Wszyscy ci, którzy postępują inaczej niż koncerny, kierując się radosną twórczością,a nie jedynie niepohamowaną żądzą zysku, zabijającą po drodze marzenia.
 Każdy z nas ma wolny wybór, po której stronie zechce się opowiedzieć, wszystko to od nas zależy. Przedstawię swoją myśl dobitniej słowami Castanedy, który znakomicie przytacza te zjawiska we wstępie do swojej książki pt. „Aktywna strona nieskończoności”:

Język

Człowiek wnikliwie wpatrywał się w swoje równania
i rzekł, że wszechświat miał swój początek.
– To była eksplozja – rzekł.
Wybuch nad wybuchami – i tak oto narodził się wszechświat.
– I ciągle się rozszerza – rzekł.
Obliczył nawet długość jego żywota:
dziesięć miliardów obrotów Ziemi dokoła Słońca.
Na całym globie zagrzmiały wiwaty;
wszyscy dostrzegli w obliczeniach naukę.
Nikt nie pomyślał, że postulując początek wszechświata,
człowiek odwzorował jedynie składnię swojego języka;
zwykłą składnię, której dla stwierdzania faktów potrzeba
początków – jak narodziny, rozwinięć – jak dorastanie,
i zakończeń – jak śmierć.
Wszechświat miał swój początek
i wszechświat się starzeje, zapewnił nas,
i wszechświat umrze, tak jak wszystko,
i jak on sam umarł, gdy już znalazł matematyczny obraz
składni swojego języka.

Inny język

Czy wszechświat naprawdę miał początek?
Czy teoria Wielkiego Wybuchu jest prawdziwa?
To nie są pytania, chociaż brzmią podobnie.
Czy język, w którym stwierdzanie faktów wymaga początków,
rozwinięć i zakończeń, jest jedynym istniejącym językiem?
Oto prawdziwe pytanie.
Istnieją inne języki.
Istnieje na przykład taki, który postuluje, by faktami były
różne stopnie natężenia.
W tym języku nic się nie rozpoczyna i nic nie kończy;
i tak narodziny nie są wyraźnym, osobnym wydarzeniem,
lecz jedynie szczególnym rodzajem natężenia;
i tak też jest z dorastaniem i tak jest ze śmiercią.
W tym języku człowiek wodzi wzrokiem po swoich równaniach
i odkrywa,
że wyliczył już tyle stopni natężenia, by z przekonaniem
stwierdzić,
iż wszechświat nigdy nie miał początku
i nigdy nie będzie miał końca,
przechodził za to, i przechodzi nadal, i będzie przechodził
przez nie kończące się fale natężenia.
Człowiek taki nie zawahałby się orzec, że cały wszechświat
jest jednym wielkim rydwanem natężenia,
w który można wsiąść
i ruszyć w podróż pośród zmian bez końca.
Oprócz tego wysnułby wiele innych wniosków,
a być może nawet by mu przez myśl nie przemknęło,
że obrazuje jedynie
składnię swojego języka.


               Co zatem nam pozostaje? Czy mamy kierować się jedynie swoim logicznym rozumowaniem i niczym więcej? Pozostawiać swoją Intuicję w tyle na rzecz rozumu? Kierować się naszymi wątpliwościami oraz słabościami, które towarzyszą nam każdego dnia, zgodnie z wytycznymi egzystencjalizmu? A może konsumować na pokaz i być hedonistami na potęgę, gardząc daną mam rzeczywistością w ucieczce w wirtualne światy – wcielając się w różne role i bawiąc się nimi, jak pokazuje nam postmodernizm. Wszystkie te możliwości są z gruntu rzeczy skazane na porażkę, każda z nich jest drogą donikąd. Nie zapewniają nam spokoju ducha ani też nie pozostają w zgodzie z naszą naturą, jak by to powiedziano na Wschodzie. Nie są odpowiednie dla elementarnych potrzeb człowieka, bo są jedynie wytworem jego umysłu, a jak wiadomo ów organ bywa zawodny. Podobnie jak nasze zmysły. W tym celu wystarczy zastanowić się chociażby nad obrazem, który nam przekazują nasze oczy: jest on odwrócony, dopiero mózg odczytuje informację, przerzucając to co widzimy, już w optymalnej pozycji. Umysł też może być łatwo oszukany, potwierdzają to doświadczenia z psychologii społecznej Philippa Zimbardo, deprywacja sensoryczna, stosowanie sugestii, czy hipnozy. Normalny i zwyczajny stan świadomości, jaki obowiązuje dla naszego umysłu, to stan alfa. W nim nie jesteśmy nadzwyczajnie twórczy ani też rewelacyjnie kreatywni,nie osiągamy też wówczas wyżyn swoich umiejętności, mogących w nas występować, za sprawą tkwiącego w nas potencjału. Wyższymi i odmiennymi stanami świadomości są fale: beta, gamma i theta. To one odpowiadają za Intuicję i myślenie symboliczno – mistyczne, metaforyzm i wybitne osiągi, jakie biorą swój początek z wyobraźni. Ważna, choć niedoceniona jest tu także rola snu. Ów głęboki stan uśpienia i pełnej relaksacji jest dla nas szczególny. Kreatywność z nim sprzęgnięta; podobnie jak wola, będąca impulsem wyprowadzonym właśnie z intuicjonizmu, decydują o skuteczności naszych zamierzeń – nie zaś sucha logika, która jest tylko beznadziejnym odwzorowaniem składni i tak niedoskonałego ludzkiego języka. Już Akiro Kurosawa słusznie zauważył, że „Człowiek śniący jest geniuszem”. Ponadto Tesla i Edison opracowywali swoje wynalazki po długim i regenerującym śnie, w którym śniły się im ich poszczególne elementy, Robert Louis Stevenson, autor literatury przygodowej śnił kolejne podrozdziały, tak powstała „Wyspa skarbów”. Einstein dochodził skomplikowanych wzorów fizycznych i matematycznych, nierzadko po 14 godzinnym wypoczynku.
 Nasza inteligencja i zdolności są więc wysoce nieskończone. Bazują one nie tylko na inteligencji lingwistycznej: także Chomsky, lingwista i etnolog, zdawał sobie również sprawę z niedoskonałości ludzkiego języka, pomimo licznych osiągnięć w dziedzinie, którą się zajmował. Ogółem rodzajów inteligencji mamy o wiele więcej, aniżeli tylko ta wymieniona. Człowiek jest Istotą magiczną i niezbadaną, jeśli nie rozumuje w logicznym wydaniu, ma w sobie pokorę i hart ducha. Człowiek mądry, nie znaczy inteligentny – to pojęcie ogranicza się często do żonglerki pojęciami, czy w zastosowaniu praktycznym swoich pomysłów. Mądrość to coś o wiele więcej, to wartość nie do zdefiniowania – prawdziwy kapitał, który rośnie w nas samych, za sprawą naszych doświadczeń i sztuki wyciągania właściwych wniosków z tego, co nas wokół spotyka. To najprawdziwsza homeostaza i autentyczny złoty środek, będący w nas samych, oraz niewzruszoność na zmieniające się, czy nawet niekorzystne dla nas tendencje. Każdy po trochę miał racji w tym względzie: stoicy, manicheiści, gnostycy, racjonaliści – ale wszyscy oni skupiali się tylko na wycinku przymiotów człowieka,na fragmencie jego kondycji. Mieli racje, ale tylko w małej części. Nie było natomiast pełnego uniwersum makrokosmosu, bo istota ludzka jest wiernym odzwierciedleniem kosmicznych sił, na zasadzie równowagi, na co wskazywano już w renesansie. Co sprawia, że współczesny człowiek gubi się w gąszczu pojęć, w zalewie informacyjnego szumu i w pędzie obecnego, przyspieszonego zresztą życia? Religia przestaje mu już pomagać stając się zinstytucjonalizowaną fasadą publicznego życia, a wszechobecny rynek sprawia, że wszystko staje się już marką, którą można kupić bądź też sprzedać – nawet swoje „ja”. Zasady zaś nie licują ze stanem faktycznym, jaki obserwuje każdy refleksyjny człowiek, cóż ktoś taki może uczynić, w tym nieprawdopodobnym zamęcie, jaki mamy?

              Każdy z nas dobrze wie, że pewne wydarzenia nie są przypadkowe, że mają one konkretne odzwierciedlenie w naszych późniejszych działaniach, czy przy wyborze odniesień. Tak samo, jak podczas jazdy na drodze, obowiązują nas znaki drogowe - tak też w codziennym życiu napotykamy na sprawy, miejsca, czy osoby, które nas dotyczą. To już wtedy od nas zależy, czy to jesteśmy w stanie dostrzec, czy też nie. Znaki, czyli zdarzenia, będące niekiedy kamieniami milowymi w naszym życiu, zsyłane nam na potwierdzenie słuszności czy też nie, obranej drogi stają się synonimami tego,co tajemnicze i przez to pociągające. Wymykają się spod kontroli woli czy rozumu,są jednocześnie autonomiczne  i autarkiczne, w pełni niezależne od nas samych. Naukowcy w swoim błędnym kodzie odczytaliby to na sucho jako: zmienną niezależną, co jest kompletną bzdurą i nieporozumieniem. Znaki wymykają się im po prostu spod kontroli ich nazewnictwa, słabej składni, o której napisał Castaneda. Za co też właśnie odebrali mu niesprawiedliwie naukowy tytuł. Znaki informują nas o konieczności podjęcia ważnych decyzji, w obliczu nieznanego. Przyszłości nikt z nas w pełni nie przewidzi, do lamusa możemy odstawić brednie futurologów, używających właśnie „taniego, chińskiego rozumu”. Za to możemy postrzegać coś na zupełnie innych i przez to wartościowszych poziomach intuicyjnych oraz kognitywnych, zgodnie z zasadą synchronii. Po to mamy dane przeczucia, na nich powinniśmy się częściej opierać. I tak jak moja koleżanka z lat studiów mogę z powodzeniem powiedzieć wam: „Czytajcie znaki – fakty, zdarzenia, ludzi, miejsca, sprawy, emocje, natężenia, informacje – jednym słowem wszystko, co was otacza; wnikliwie, acz bez pośpiechu, refleksyjnie z właściwym wyczuciem odpowiedniej chwili”. Będziecie wtedy poinformowani o wszystkim, co dostrzegacie w najlepszy sposób z możliwych. Bez oszukaństwa ze strony umysłu, sterowanego wszystkim tym, co kiedyś wam wmówiono w procesach: edukacji i socjalizacji. Połączycie się z całym potencjałem. I to jest w tym wszystkim najważniejsze!                         

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz