Wtajemniczenie. Retrospekcje z wieku dorastania.
Nastał późny wieczór. Arktyczny zimny wiatr niemiłosiernie targał drzewami we wszystkie strony. Mieszkalne okna już dawno pociemniały i tylko gdzieniegdzie było widać zapalone lampy uliczne. Miasto, jakich w Polsce wiele. Wokół odrapane budynki, poobrywane chodniki, łatane ulice i wszędobylski brud. Tłumne za dnia trasy spacerowe teraz całkowicie się już wyludniły - ludzie siedzieli w domowych pieleszach przed telewizorami. Tam i ówdzie jacyś kloszardzi krążyli od śmietnika do śmietnika do nocnego klubu uporczywie poszukując czegoś strawnego do zjedzenia, wokół zaś szwendały się dzikie koty. W oddali górowały kominy jakiegoś przemysłowego zakładu, z którego wszyscy zostali wywaleni na bruk; oprócz dozorcy, przeganiającego dzieci i biorącego za swoją pracę nędzne grosze. Z drugiej strony ulicy wyrosła okazała kolegiata, wraz z prywatnym parkingiem, wypasionym mercedesem i wystawną plebanią, przypominającą swoimi rozmiarami pałac. Otoczenie było względnie czyste. Z rzadka we wnękach bram wystawali nałogowi alkoholicy , żłopiący denaturaty i winula. Stosowali się wiernie do słów Himilsbacha, który powiedział kiedyś: "denaturat jest dobry - każdy inny alkohol jest bardzo dobry!". Napoje wyskokowe dawały im jedyną pociechę w ich jakże smętnej egzystencji. Jeden z nich załatwił się za potrzebą przy kamienicznym murze, doskonale wtapiającym się w tutejszy krajobraz. Gdzieś nieopodal narkoman nakłuwał igłą swoją żyłę kolejną dawką toksycznej heroiny, łagodząc swój głód tego specyfiku. Dokonawszy tej operacji zadowolony zgarbił się i ohydnie splunął.
Przy zniszczonych schodach usadowiła się pokaźna grupka, poszukująca mocnych wrażeń, która bawiąc się sprężynowcami niczym stado basiorów oczekiwała pojawienia się ofiary. Nie mogli jednak liczyć na łatwy łup, ponieważ niewielu ludzi przechodziło tędy o tej porze, a przy tym wiedzieli, że śmiałkowie, którzy wyruszają na miasto posiadają czasami niewinny miotacz lub metrowy kij ukryty za pazuchą kurtki; nie mówiąc już o gościach taszczących pod pachami giwery. Do tych nie było co podskakiwać. Pod bramą, w odległości niespełna dwustu metrów patrol policji przeprowadzał rutynową kontrolę, więc cała banda postanowiła na razie profilaktycznie zniknąć - pozostając niezauważona. W pobliskiej pijalni piwa ogorzali mężczyźni po przejściach gawędzili wesoło o nowo powstałej agencji towarzyskiej; zaś na placu młodzieniec z nażelowaną, modną fryzurą pokazywał swojej dziewczynie możliwości kilku setek koni mechanicznych najnowszego nabytku, który należał do jego ojca. Ujeżdżał go tak, jakby ten był jakimś bolidem z transmisji formuły pierwszej. Chłopak był przy tym nieco pijany, toteż uderzył w drogowy znak i uszkodziwszy przód karoserii metalicznego koloru wpadł w lament. Dziewczyna rozczarowana takim obrotem sprawy uciekła z miejsca zdarzenia. Obserwujący zajście piwosze ryknęli na to gromkim śmiechem, chociaż w ich oczach jarzyła się nieskrywana zazdrość. Koło drzwi prowadzących do wnętrza sąsiedniej rudery, zbudowanej ze starych, czerwonych cegieł w secesyjnym stylu, kręciły się dwie urocze panny, wyglądające dość młodo - ale za sprawą odpowiednio dobranych: makijażu i kusego ubranka dosyć dojrzale. Naciągały potencjalnych klientów dowcipnymi i bezpruderyjnymi aluzjami, lecz nie odnosiło to wszystko pożądanego przez nich skutku. Między innymi dlatego zamierzały wyjechać nad granicę, albo na uczęszczaną przez kierowców tranzytową drogę. Wtedy to zawsze zarobiłyby u niektórych Niemców więcej za oddane im usługi, ci z reguły skorzy są do urodziwych, młodych dziewczyn i zawsze sypną markami. Zwłaszcza jak się im jeszcze coś ugotuje w odpowiednio dobranym uniformie! Wreszcie zza rogu wyszedł posiwiały mężczyzna i zaprosił dziewczynę do wynajmowanej przez siebie na pewne okazje kawalerki. Poszła niewiele się namyślając,bo co też innego miała do roboty?
Od strony starówki dobiegała końca manifestacja sympatyków faszyzmu. Część z nich nie miała dobrego dnia i wyszła stamtąd do centrum, aby wyżyć się na przygodnie napotkanych osobach, o innym niż polski wyglądzie. Właśnie kilku poczyniło kroki w ich kierunku - spojrzeli agresywnym i sfrustrowanym drabom w oczy. Była to przysłowiowa iskra do beczki z prochem. Wywiązała się przez to walka, w której użyto wszystkiego, co tylko znajdowało się pod ręką. Kilku napastników już broczyło krwią, inni charczeli. Przerwano to dopiero wtedy, gdy nadjechała prewencja. Wynikiem nagłego starcia była utrata przytomności przez jednego z uczestników; jak również: złamane nosy, naruszone żebra, wstrząs mózgu oraz kałuża krwi wraz z zatopionymi w niej resztkami zębów. Do domów powracali też spóźnieni pseudokibice, odprowadzani tym razem przez liczną rzeszę policjantów. Zachowywali się oni dość przyzwoicie. Może trochę, licząc dwa zdemolowane wagony, zniszczone siedzenia, oparcia i toaletę, a także wystraszonych przez to podróżnych. Należało wykonać im parę ścieżek zdrowia, przez co pseudokibice grozili, że mogą wykonać lekarskie obdukcje. Byli oni i tak już dostatecznie pomęczeni bitwą (ustawką) na wyjeździe, gdzie spuścili perfidny wpierdol swoim odwiecznym przeciwnikom, w ramach jakiejś "świętej wojny" - której to już z kolei? Obowiązkowo mieli jeszcze wymęczone wielogodzinnym zdzieraniem głosu gardła. Z kolei w drugiej części miasta, w tym samym czasie, na przedmieściach wśród samochodów i domków jednorodzinnych, z przepysznymi posesjami włącznie - uwijali się zawzięcie młodzi adepci trudnej sztuki ograbiania ze sprzętu grającego, tudzież innych kosztowności. Należały one do rozmaitych bonzów i prywaciarzy inwestujących we wszystko, a już najbardziej w siebie i zbytki; tylko nie w swoich pracowników. Robota paliła się młodym w rękach ale działali przy tym ostrożnie. W końcu znudziło się im ogołacanie wozów i postanowili przejechać się nagłośnionym w reklamach modelem produkcji japońskiej. Jak się okazało, bardzo zresztą prędkim. Rozbawieni kompani złodziejskiego fachu podążyli swoim mobilem na rozpoczynającą się właśnie dyskotekę, chcąc zaimponować czekającym na wejście do niej panienkom.
W oddali słychać było jakieś stłumione wystrzały. "Pewnie wypróbowują się znowu w swoich porachunkach, jak to gangi - pomyślał pewien przechodzień, lecz nim zdążył obrócić się w kierunku zmierzających ku niemu mężczyzn, usłyszał zgrzyt otwieranego noża i poczuł zimną stal, przykładaną do szyi. Nie mając innego wyboru musiał natychmiast i bez wahania oddać napastnikom skórzaną kurtkę, którą miał na sobie. Na zakończenie całej tej niefortunnej imprezy otrzymał jeszcze zewsząd silnie wymierzone kopniaki w głowę i zrezygnowany oraz otępiały osunął się na bruk z bólu. W bloku rozpościerającym się ponad pechowcem dochodziły go czyjeś histeryczne krzyki. To zapity ojciec bił żonę, a następnie córkę - raz po raz: do nieprzytomności. Na nic zdawały się ich jęki i błagania. Nad ranem lekarz zastanie je obydwie, zasztyletowane przez żyjącego z nim pod jednym dachem sadystę. Potwierdzi ich zgon. Tymczasem pogasły nieliczne już światła - poza tymi nielicznymi, w których ukryte cichodajki wykonywały swe conocne zajęcia - mieszczaństwo pokładło się do snu na dobre. Około brzasku sytuacja uległa normalizacji a nocni zaskrońce poszli spać po libacjach i zaczepianiu o pięć złotych. Wymęczeni swoim nałogiem, zatruci jadem agresji i obrzydzeni sobą samymi.
z mozołem przedzierałem się przez ten opis aż dotarłem do jego końca. piszesz ciekawie. z literackim pazurem. najchętniej przeczytałbym to w formie książki. robisz coś w kierunku opublikowania swojej twórczości w tej formie? z całym szacunkiem, ale wątpię aby znalazło się wielu amatorów czytania tak obszernych wpisów na blogu. szczególnie w kulturze obrazkowej. jeśli powstałaby z tego książka krąg odbiorców myślę poszerzyłby się.
OdpowiedzUsuńtyle uwag młodszego kolegi ;)
pozdrawiam