niedziela, 2 grudnia 2012

Pokolenie zaginione w akcji

Motto: : "Nasz najgłębiej zakorzeniony strach nie rodzi się z poczucia, że coś z nami jest "nie w porządku". Najbardziej boimy się własnej, niezmierzonej siły. Najbardziej lękamy się własnego światła, a nie ciemności. Zadajemy sobie pytania: czy to możliwe, żebym był tak błyskotliwy, piękny, utalentowany i bajeczny?
A przecież taki właśnie jesteś!
Jesteś Bożym dzieckiem. Pomniejszanie samej siebie w żaden sposób nie służy światu. Nie ma nic cudownego w tym, że kurczymy się, aby inni w naszym otoczeniu nie czuli się zaniepokojeni.
Urodziłyśmy się, aby ukazać obecną w nas bożą chwałę. Ona nie jest własnością wybrańców; jest częścią każdej z nas. Kiedy pozwolimy na to, żeby rozbłysło nasze wewnętrzne światło, to nieświadomie damy innym ludziom przyzwolenie, by również tak uczynili. Kiedy sami uwolnimy się od strachu, to nasza obecność automatycznie uwolni innych."

Marianne Wiliamson



         Parafrazując tutaj film klasy „B” z Chuckiem Norrisem, grającym pułkownika Braddocka, który buszował w wietnamskiej dżungli i uwalniał amerykańskich jeńców - można zauważyć niepokojące tendencje do zagubienia naszego współczesnego pokolenia. Filmy takie jak ten, w jakimś sensie nas jednoczą, gdyż innych wtenczas nie było; w erze wprowadzania video i taśm VHS u nas w Polsce. Braddock i uwięzieni jeńcy uosabiają nienormalną sytuację ludzi w innym otoczeniu, aniżeli te, które dobrze znają. Są oni w pułapce wyboru, co, do którego zostali zmuszeni. Tamci – nakazem walki w Wietnamie, nasi – sytuacją ekonomiczną i pozostawaniem na garnuszku rodziców. Jedni i drudzy nie mieli wyjścia. Dla nich wszystkich wiąże się to z zagrożeniami: wojennym  i emigracyjnym. Ich prawa jako jeńców czy emigrantów są ograniczone. Obydwie grupy mają obawy, także przed fizycznym unicestwieniem, jak na wojnie – bo i takie sytuacje miały miejsce – konflikty z otoczeniem, obozy pracy, gwałty, nacjonalizmy wymierzone przeciw młodym Polakom, czy wreszcie zwykła zawiść o sukcesy. To są niezaprzeczalne fakty. Żołnierze w filmie tracą wiarę w lepsze jutro; podobnie jak ludzie pracujący poniżej swoich możliwości, gnębieni przez tubylców, co narasta w miarę pogłębiających się kryzysów. Nasze pokolenie właśnie przez to osłabło, straciło ono swój dynamizm i rezon, pochowało gdzieś głęboko własne ideały; pośród niego rozpanoszyły się za to: egoizm, dorobkiewiczostwo oraz brak wiary we własne siły. Rozpoczęto wyjazdy na szeroką skalę, nie mogąc znaleźć sobie miejsca w kraju. Podobnie jak tytułowy Braddock, zamiast zaszywać się w wilgotnej tropikalnej puszczy zamieniło ją na miejskie i obce dla siebie dżungle Zachodu, jak choćby londyńska. Są tam marginalizowani – sukces odnieśli naprawdę bardzo nieliczni. I tak czują się tam nieswojo, identycznie jak amerykańscy żołnierze walczący w Wietnamie: zamiast oprotestować rzecz na miejscu i zjednoczyć się, aby zapewnić sobie i bliskim lepszy byt. Zwalczyć niekorzystne tendencje własnymi siłami, w ramach demokratycznych uprawnień i zgodnie z prawem. Na mocy swoich intelektualnych wyborów uwierzyć w przymioty i zdolności, jakimi dysponują. Jednak nie zrobili tego, wybierając ucieczkę w fizyczną pracę na Zachód, marnującą ich najlepsze lata życia do wysiłku, który mógł przynieść spodziewane efekty tu, na miejscu. Nie odnaleźli się w zawiłości rodzimych przepisów i ograniczeń dla ich startu. Państwo w niczym im zresztą nie pomogło. Chwalono się powszechnie, że „zwalczono bezrobocie” – a to wykreślając młodych bezrobotnych z urzędniczego rejestru albo posyłając ich do pracy na niewolnicze staże lub na Zachód, wszystkich jednakowo poniżej ich własnych kwalifikacji, aspiracji i tym samym oczekiwań. Zacznijmy jednak od samego początku i prześledźmy, jakie czynniki złożyły się na taki stan rzeczy:

         Koniec lat 70 tych i początek lat 80 tych: w kraju obowiązuje kryzysowy piąty stopień zasilania w energetyce (dla niewtajemniczonych: często gaśnie światło), niewiele jest rzeczy na półkach, w telewizji pokazują mało wartościowych filmowych i programowych pozycji –  może jedynie poza państwowymi i kościelnymi Świętami. Pomimo pełnego zatrudnienia, była wciąż mała siła nabywcza, zresztą i tak mało jest towaru do kupienia. Wcześniejsze pokolenie wyżu zaczyna zawierać małżeństwa właśnie w tym czasie. Ludzie są też wyraźnie zmęczeni ciężką i szarą rzeczywistością. Mało jest okazji na ucieczkę od niej. Jedną z dróg, niekontrolowaną przez ówczesne państwo pozostaje seks. Kobiety tuliły się do swoich partnerów, z ufnością w lepsze jutro. Relacje ludzkie nie są objęte późniejszą komercjalizacją i wszechobecną głupotą, jak w znanych nam obecnie czasach. Nie ma też takiego kiczu, plastiku i prania mózgów, jakie zauważamy obecnie; podczas gdy teraz mamy prawdziwe rozwydrzenie, to wtedy jeszcze antykoncepcja była w powijakach i dla wybrańców, nie zaś dla mas. Mało też ludzi było uświadomionych seksualnie, pozostawało im zazwyczaj działanie na instynkt; w zależności od poziomu inteligencji i erotycznej inwencji, czytać: skuteczności zabezpieczenia. Wciąż jeszcze obowiązywały przesądy o zachodzeniu w ciążę lub zabobony na tematy chorób wenerycznych. Wystarczy w tym celu przeczytać listy od czytelników w  „Przyjaciółce”, „Filipince” lub w „Świecie kobiet”, aby się o tym przekonać. Inni mieli dzieci z miłości, nie chcąc kierować się jedynie konformizmem i zwykłym lenistwem. Kawalerom groziło płacenie podatku „bykowego” i nie uzyskanie mieszkania: premiowano w tym zakresie małżeństwa. W każdym razie przeważają pary,o singlach i ich kulturze mało kto słyszał lub zgoła wcale. Młodych małżeństw przez to nie brakowało, mimo trudności pobierali się, oszczędzając, jak to śpiewał Zbigniew Hołdys, na „telewizor, meble i mały fiat”. Pragną małej stabilizacji, albo chociaż jej namiastki,w tych niełatwych czasach. Niektórym się nie udaje, ci są wyraźnie niezadowoleni, prowokują rozliczne strajki w zakładach pracy; innym nie chce się monotonnie pracować na socjalistycznym etacie. Bardziej myślą o własnych karierach wbrew istniejącym przeciwnościom losu. Posiadanie licznej rodziny na utrzymaniu jeszcze bardziej ich do tego determinuje,. Im więcej młodych w tej sytuacji się znajduje, tym bardziej jest wokół niespokojnie. A podczas problemów dnia codziennego zostaje jedyna nieraz dla wielu,poza spotkaniami towarzyskimi i alkoholem, przyjemność. Taka, która potem procentuje, niczym najlepszy zasiew. Wkrótce rodzi się pokolenie, któremu nie odmawia się pewexowskich przyjemności, wykarmione na humanach, odżywkach i witaminkach, za ciężkie na owe czasy pieniądze i często z zachodnich paczek. Przynajmniej żywność była też wtedy bardziej naturalna, bez konserwantów: widać to po urodzie naszego pokolenia i jego dorodności. Siły też nam nie brakuje, rodzice dali z siebie wszystko, co najlepsze. Już wówczas mieliśmy wszelkie dane do przejęcia wpływu na świat, roztaczający się przed nami. Mogliśmy z powodzeniem być jego godnymi spadkobiercami. Buntownicy spod znaku polskiego rocka, inteligenccy outsiderzy przecierali nam szlaki. Nas zaś było nadspodziewanie dużo, odtrąbiono to wówczas szumnie w propagandzie PRL, w wielu filmowych kronikach. Nikt nie myślał, że zabraknie dla nas potem miejsc na dziennych studiach czy stanowisk pracy w przyszłości. Kto się wówczas tym przejmował? Zresztą w owym czasie wszędzie i tak dominował kult niezależności oraz samodzielnego myślenia, a przede wszystkim wolności. Co zaś było potem?

Nastąpił przełom lat 80/90 tych, dorastaliśmy. Byliśmy buntownikami, na jeszcze większą skalę niż nasi rodzice, o dziadkach nie wspominając. Wokół głośno buzował rock, jeszcze sięgały echa jarocińskiego punka, rodził się grunge, grano reggae. Gdzieniegdzie fascynowano się bluesem i jazzem, jeszcze inni skupiali się na elektro new wave czy new romantic, jakie wykwitło jeszcze w latach 80 tych. Niektórzy byli też wówczas zafascynowani ulotnym klimatem intelektualnej finezji zaklętej w poezji śpiewanej albo w mrocznym gotyku. Mieli jeszcze wyższe duchowe aspiracje od pozostałych. Dla lubiących bezpretensjonalną zabawę wkraczała scena elektronicznego dance’u. Każdy odnajdywał coś, co zamierzał, jakąś odpowiednią niszę, w którą się potem zagłębiał. Jedni sięgali po modne wówczas gry RPG, jeszcze inni zaczytywali w mniej lub bardziej ambitnych książkach. Mieli własne oryginalne zainteresowania. Spotykali się dla frajdy przebywania ze sobą, wymiany poglądów i rzeczowej dyskusji. Byli zainteresowani takimi zjawiskami i słowami jak przyjaźń, miłość, bezinteresowność, radość, pasja, dobrze pojęta niecierpliwość oczekiwania następnego dnia i jego wydarzeń. Nie rozmieniali się przy tym  na drobne. Wyznaczali alternatywę, nowe trendy, własne ścieżki, którymi odważnie i dumnie kroczyli, w opozycji do schematycznych i sztywnych reguł gry, wyznaczanych przez technokratów oraz zgredów. Mieliśmy swoje środowiska, aktywnie je współtworząc i komunikując się pomiędzy sobą z pożądanymi przez nas rezultatami. Umieliśmy się dogadać, skutecznie wypracowując wartościowy dla nas wszystkich konsensus. Inni korzystali ze szkodliwych używek: oczywiście – znajdowali się pośród nas ludzie, którzy psuli siebie i innych, np. szkodliwymi nałogami (wtedy to wybuchła „epidemia” narkomanii kompotu, tak wykolejał ludzi krańcowy eskapizm). Jednak w większości mieliśmy do czynienia z afirmacją życia. Nie było to wszystko jakąś bezsensowną idealizacją,lecz wartością samą w sobie, że propagowano postawy witalizmu i działania. W licznej grupie ludzi – i nie jest tu mowa o środowiskach ZSMP. Wszędzie, gdzie się szło widać było młodość, jak na jakiejś propagandowej pocztówce z gierkowskich czasów. Jednak bezsprzecznie tak było, w miastach i wsiach pojawiło się nas bardzo wielu. Pośród nas także liderów, luminarzy, oryginałów oraz artystów życia, w pełnym tego słowa znaczeniu. Ewidentnie byliśmy JACYŚ! Nie przetworzeni i nie homogeniczni, jak jakieś sztuczne wytwory korporacji, dopasowani do pracy jako tryby wynaturzonego turbokapitalizmu – lecz koncepcyjni, kreatywni i młodzi ludzie, z charakterystycznym błyskiem w oku. Czy są nadal tacy wśród nas, którzy jeszcze pozostali tu na miejscu? Czy też może ostatni z nich zgasił już za sobą i swoimi ideałami przysłowiowe światło, wyjeżdżając na zmywak do Szkocji? Nastąpił kryzys, tym razem już nie tylko materialny, lecz także duchowy. Obciążający nasz stan radości, młodości i beztroski. Trudności dnia codziennego przełożyły się na stopniowy upadek naszej siły marzeń i natężenia dążeń. Z bezinteresowności wkroczyliśmy niestety w odwrotny doń kierunek – w stronę prywaty, niemożności dogadania się i wyznaczania własnego terytorium, już bez wcześniejszej otwartości na innych. Było to rażącym zaniedbaniem i błędem. Przestaliśmy się przez to wzbogacać, w przenośni i dosłownie. Nie wierzyliśmy już w siebie, nie walczyliśmy, usiedliśmy na przysłowiowej dupie, narzekając na wszystko jak milcząca większość. Daliśmy się stłamsić jakimś niewidzialnym demonom zwątpienia i stanęliśmy przez to w miejscu. A najgorsze było to, że przestaliśmy się rozwijać. Złożyło się na to szereg spraw i rzeczy.

Od lat 90 tych XX wieku mieliśmy do czynienia z falą kultu pieniądza. Myślano powszechnie, że handel rozwiąże wszystkie nasze bolączki i problemy. Bombardowano nasze umysły uciążliwymi reklamami. Wszędzie głoszono też hasła wytężonej pracy, błogosławieństwo nadgodzin (koniecznie bezpłatnych – rzekomo byliśmy na ciągłym dorobku jako naród) i ogólną religię ciągłego harowania od świtu do nocy w biurach, korporacjach u prywaciarzy – jednym słowem, gdzie się tylko da. Kto się sprzeciwił, wylatywał, niczym strącony w „Chińczyku” pionek. Nie obowiązywały żadne racjonalne usprawiedliwienia, wszyscy aktywni zawodowo mieli być zarobieni po uszy! W przeciwnym razie mogli zasilić, jak w tym ponurym dowcipie, największą armię w kraju – bezrobotnych. Nikogo nie interesowały czyjeś zainteresowania, jego osobowość, postawa, o godności już nie wspominając. Wszyscy dążyli do efektu finalnego, zwieńczającego wszelkie wysiłki, czyli do kasy. Nie bacząc kompletnie na negatywne koszty funkcjonowania w takim społeczeństwie. Odbijało się to na międzyludzkich stosunkach. Pierwszymi symptomami tych niekorzystnych zjawisk były: izolacja, interesowność, (czyli szukanie znajomości, które można było wykorzystać do pracy lub w handlu),sprzedawanie siebie, niczym jakaś dziwka, komercjalizacja wszelkich relacji i „towarowienie”wartości człowieka. Można by to określić najdobitniej słowami aktora i myśliciela, Krzysztofa Majchrzaka: „skurw się za grosze!”. Prawie wszystko można było kupić, nawet płatną miłość, ale o tym już się głośno nie mówiło. Obowiązywała jakaś zmowa w hipokryzji, w której byliśmy zanurzeni; czy tego chcieliśmy, czy też nie. To za nas określano reguły, a my nie mogliśmy narzucić swoich, nie byliśmy dobrze ze sobą zgrani podobnie jak klasy w szkole, do których uczęszczaliśmy. To nie mogło przypominać 1968 roku. Wykorzystywano nas, a my nawet nie śmialiśmy się temu przeciwstawić. Począwszy od reżimu szkolnego, gdzie faworyzowano utytułowanych, dzieci nowobogackich  i innej maści „uzdolnionych” inaczej, z racji czyjegoś poważanego nazwiska  rodzica w lokalnym światku, co przekładało się potem na edukacyjne relacje – już wtedy wiedzieliśmy tą rażącą, społeczną niesprawiedliwość, a jednak nie robiliśmy z tym kompletnie nic. Ktoś w naszym otoczeniu awansował, a inni mu zazdrościli, tylko dlatego, że miał dojścia, plecy, znajomości, nazwisko, czy wreszcie pieniądze. Lansowano go, z racji tych przymiotów, których większość już niestety nie posiadała. Inni musieli wszystko wydzierać dla siebie. Swoim autentycznym utalentowaniem, charyzmą, pasją, tym wszystkim, co sobą reprezentowali, buntem, ukierunkowaniem na cel. Tacy byli i są. Ufamy, że jest ich najwięcej, spośród tu wymienionych. Bo musimy i powinniśmy wierzyć w siebie, że sprostamy i że powiedzie się nam, wbrew temu, co próbują nam wmówić zawistnicy, albo osoby nam nieżyczliwe. Nawet wtedy, gdy wyrasta przed nami mur ignorancji, przeskoczymy go, jeśli zajdzie taka potrzeba. W naszej niepokorne i buncie tkwi siła, czemu więc nie przeskoczymy znów do naszych korzeni? Do życiodajnej symboliki młodości, skąd czerpiemy energię do naszych zamierzeń, do wszystkiego, co robimy dla innych i dla siebie (kolejność nieprzypadkowa – dając coś innym, wzbogacamy się najbardziej i poznajemy siebie najmocniej). Odwróćmy niekorzystny bieg wydarzeń i uwierzmy w nasze możliwości oraz energetyczne pokłady, których naprawdę mamy w sobie bardzo wiele. Otwórzmy się z powrotem na innych ludzi, jak za dawnych lat, bogatsi o nowe, obserwacyjne doświadczenia. Jesteśmy wyjątkowi, już teraz psychologowie i terapeuci ukuli określenie na nasze pokolenie, obejmujące przełom lat 70/80 – „Dzieci Indygo” (charyzmatycy, idealiści, romantycy i buntownicy, to jest nasza właściwa baza). To my powinniśmy zacząć zmieniać świat na lepsze, a nie ktoś za nas. Zrezygnować ze zbytniego ograniczania się indywidualizmem na rzecz działania zespołowego, dobrze pojętego; które jest określone naszym wspólnym dobrem. Jeżeli żyje nam się wszystkim przez to lepiej, to każdy z osobna też dzięki temu zyskuje. Obudźmy się wreszcie, czas zacząć działać, teraz jest do tego najwłaściwsza pora!

               Po latach 90 tych rozpoczął się XXI wiek. Na pewno wielu z Was odczuło związane z tym przemiany, jak chociażby jeszcze większą rolę mediów, elektronicznych platform informacyjno – komunikacyjnych, Internetu, czy globalizacji. Można już swobodnie wymieniać się spostrzeżeniami, ludzie tworzą portale społecznościowe, czy też blogi, dzieląc się swoimi uwagami, obserwacjami na rozmaite tematy. W bardziej zwielokrotnionym stopniu, aniżeli dotychczas możemy wykorzystywać dostępne nam narzędzia medialne, tworzyć filmy, realizować własną muzykę, pisać, malować w programach graficznych, zakładać przedsiębiorstwa; robić to, co tylko chcemy – co przysłuży się ludziom i wniesie coś wartościowego do świata. Obowiązuje przy tym pełna mobilność oraz dowolność. Eksplorujemy czasoprzestrzeń, która za pośrednictwem Einsteina i Bergsona już dawno temu stała się względna. Jesteśmy Pionierami nowych stylów. Nie zaś biernymi wykonawcami ogłupiającego postmodernizmu, będącego jak najbardziej na rękę zainteresowanym tym niekorzystnym stanem rzeczy, gremiom. Powinniśmy zwrócić uwagę na jedną zasadniczą sprawę: silniejsi jesteśmy tylko razem. Jak wiązka trzciny: nie do złamania, każdy z nas osobno hartował się przez lata, to tym bardziej jesteśmy niepodatni na chore wpływy. Czasy „samotnych wilków, informatyków czy wszelkiej maści freelancerów, ślęczących nad swoimi wytworami, powinny minąć bezpowrotnie. Obowiązują konstruktywna krytyka i komunikacja. Powinniście wiedzieć jedno: przecież wszelkim korporacjom, instytucjom, koncernom czy sztywnym związkom chodzi o rozczłonkowanie i rozbicie jedności pokoleniowego światopoglądu. Skłóceni dają sobą łatwiej kierować i zarządzać, jak stado bezmyślnych baranów. Od dawna już wiadomo, że niewykształcony człowiek, w dodatku bez zaplecza nie jest w stanie niczego zmienić i robi bezwiednie to wszystko, co zalecają mu możni tego świata. Obecnie jakość myślenia uległa znaczącej poprawie, świadomość zyskuje na znaczeniu, a nienormalne fluktuacje związane z docenianiem przeciętności zaczynają być w widocznym odwrocie. Wiele rzeczy zostało do tej pory wytwarzanych tylko dla zaspokajania próżności i korzyści finansowej; natomiast teraz obserwujemy bardziej poszukiwanie nowych dróg rozwoju – skupianie się na aspektach niematerialnych, bo tylko one w większości dają pożądane szczęście i prawdziwe spełnienie. Bo, czy cieszymy się, mając nowe mechaniczne rzeczy i 850 wirtualnych „przyjaciół” na portalach? Zapewne czegoś nam brakuje, do tej nieskomplikowanej i prawdziwej radości, jaką mieliśmy w sobie w tamtych latach. Ponownie więc odkryjmy w sobie ta świeżość i autentyzm naszych przeżyć, które nas ukształtowały. Róbmy swoje, co do nas należy. Potrafimy i pokażemy, na co nas stać, wbrew tym wszystkim podstarzałym niedowiarkom, którzy uparcie i do znudzenia powtarzają, że nic się podobno już nie zmieni. Otóż my twierdzimy inaczej, pokazując, że można. A nawet trzeba!

P. S. Zainteresowanych klimatem tamtych czasów odsyłam do filmów Piotra Łazarkiewicza pt. „Fala” z 1985 roku, jak również warto pooglądać „Beats of Freedom – Zew wolności”,który to jakiś czas temu wszedł do polskich kin

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz