Motto: : "Nasz najgłębiej zakorzeniony strach nie rodzi się z poczucia,
że coś z nami jest "nie w porządku". Najbardziej boimy się własnej,
niezmierzonej siły. Najbardziej lękamy się własnego światła, a nie
ciemności. Zadajemy sobie pytania: czy to możliwe, żebym był tak
błyskotliwy, piękny, utalentowany i bajeczny?
A przecież taki właśnie jesteś!
Jesteś
Bożym dzieckiem. Pomniejszanie samej siebie w żaden sposób nie służy
światu. Nie ma nic cudownego w tym, że kurczymy się, aby inni w naszym
otoczeniu nie czuli się zaniepokojeni.
Urodziłyśmy się, aby ukazać
obecną w nas bożą chwałę. Ona nie jest własnością wybrańców; jest
częścią każdej z nas. Kiedy pozwolimy na to, żeby rozbłysło nasze
wewnętrzne światło, to nieświadomie damy innym ludziom przyzwolenie, by
również tak uczynili. Kiedy sami uwolnimy się od strachu, to nasza
obecność automatycznie uwolni innych."
Marianne Wiliamson
Parafrazując tutaj film klasy „B” z Chuckiem Norrisem, grającym
pułkownika Braddocka, który buszował w wietnamskiej dżungli i uwalniał
amerykańskich jeńców - można zauważyć niepokojące tendencje do
zagubienia naszego współczesnego pokolenia. Filmy takie jak ten, w
jakimś sensie nas jednoczą, gdyż innych wtenczas nie było; w erze
wprowadzania video i taśm VHS u nas w Polsce. Braddock i uwięzieni jeńcy
uosabiają nienormalną sytuację ludzi w innym otoczeniu, aniżeli te,
które dobrze znają. Są oni w pułapce wyboru, co, do którego zostali
zmuszeni. Tamci – nakazem walki w Wietnamie, nasi – sytuacją ekonomiczną
i pozostawaniem na garnuszku rodziców. Jedni i drudzy nie mieli
wyjścia. Dla nich wszystkich wiąże się to z zagrożeniami: wojennym i
emigracyjnym. Ich prawa jako jeńców czy emigrantów są ograniczone.
Obydwie grupy mają obawy, także przed fizycznym unicestwieniem, jak na
wojnie – bo i takie sytuacje miały miejsce – konflikty z otoczeniem,
obozy pracy, gwałty, nacjonalizmy wymierzone przeciw młodym Polakom, czy
wreszcie zwykła zawiść o sukcesy. To są niezaprzeczalne fakty.
Żołnierze w filmie tracą wiarę w lepsze jutro; podobnie jak ludzie
pracujący poniżej swoich możliwości, gnębieni przez tubylców, co narasta
w miarę pogłębiających się kryzysów. Nasze pokolenie właśnie przez to
osłabło, straciło ono swój dynamizm i rezon, pochowało gdzieś głęboko
własne ideały; pośród niego rozpanoszyły się za to: egoizm,
dorobkiewiczostwo oraz brak wiary we własne siły. Rozpoczęto wyjazdy na
szeroką skalę, nie mogąc znaleźć sobie miejsca w kraju. Podobnie jak
tytułowy Braddock, zamiast zaszywać się w wilgotnej tropikalnej puszczy
zamieniło ją na miejskie i obce dla siebie dżungle Zachodu, jak choćby
londyńska. Są tam marginalizowani – sukces odnieśli naprawdę bardzo
nieliczni. I tak czują się tam nieswojo, identycznie jak amerykańscy
żołnierze walczący w Wietnamie: zamiast oprotestować rzecz na miejscu i
zjednoczyć się, aby zapewnić sobie i bliskim lepszy byt. Zwalczyć
niekorzystne tendencje własnymi siłami, w ramach demokratycznych
uprawnień i zgodnie z prawem. Na mocy swoich intelektualnych wyborów
uwierzyć w przymioty i zdolności, jakimi dysponują. Jednak nie zrobili
tego, wybierając ucieczkę w fizyczną pracę na Zachód, marnującą ich
najlepsze lata życia do wysiłku, który mógł przynieść spodziewane efekty
tu, na miejscu. Nie odnaleźli się w zawiłości rodzimych przepisów i
ograniczeń dla ich startu. Państwo w niczym im zresztą nie pomogło.
Chwalono się powszechnie, że „zwalczono bezrobocie” – a to wykreślając
młodych bezrobotnych z urzędniczego rejestru albo posyłając ich do pracy
na niewolnicze staże lub na Zachód, wszystkich jednakowo poniżej ich
własnych kwalifikacji, aspiracji i tym samym oczekiwań. Zacznijmy jednak
od samego początku i prześledźmy, jakie czynniki złożyły się na taki
stan rzeczy:
Koniec lat 70 tych i początek lat 80 tych: w
kraju obowiązuje kryzysowy piąty stopień zasilania w energetyce (dla
niewtajemniczonych: często gaśnie światło), niewiele jest rzeczy na
półkach, w telewizji pokazują mało wartościowych filmowych i
programowych pozycji – może jedynie poza państwowymi i kościelnymi
Świętami. Pomimo pełnego zatrudnienia, była wciąż mała siła nabywcza,
zresztą i tak mało jest towaru do kupienia. Wcześniejsze pokolenie wyżu
zaczyna zawierać małżeństwa właśnie w tym czasie. Ludzie są też wyraźnie
zmęczeni ciężką i szarą rzeczywistością. Mało jest okazji na ucieczkę
od niej. Jedną z dróg, niekontrolowaną przez ówczesne państwo pozostaje
seks. Kobiety tuliły się do swoich partnerów, z ufnością w lepsze jutro.
Relacje ludzkie nie są objęte późniejszą komercjalizacją i wszechobecną
głupotą, jak w znanych nam obecnie czasach. Nie ma też takiego kiczu,
plastiku i prania mózgów, jakie zauważamy obecnie; podczas gdy teraz
mamy prawdziwe rozwydrzenie, to wtedy jeszcze antykoncepcja była w
powijakach i dla wybrańców, nie zaś dla mas. Mało też ludzi było
uświadomionych seksualnie, pozostawało im zazwyczaj działanie na
instynkt; w zależności od poziomu inteligencji i erotycznej inwencji,
czytać: skuteczności zabezpieczenia. Wciąż jeszcze obowiązywały przesądy
o zachodzeniu w ciążę lub zabobony na tematy chorób wenerycznych.
Wystarczy w tym celu przeczytać listy od czytelników w „Przyjaciółce”,
„Filipince” lub w „Świecie kobiet”, aby się o tym przekonać. Inni mieli
dzieci z miłości, nie chcąc kierować się jedynie konformizmem i zwykłym
lenistwem. Kawalerom groziło płacenie podatku „bykowego” i nie uzyskanie
mieszkania: premiowano w tym zakresie małżeństwa. W każdym razie
przeważają pary,o singlach i ich kulturze mało kto słyszał lub zgoła
wcale. Młodych małżeństw przez to nie brakowało, mimo trudności
pobierali się, oszczędzając, jak to śpiewał Zbigniew Hołdys, na
„telewizor, meble i mały fiat”. Pragną małej stabilizacji, albo chociaż
jej namiastki,w tych niełatwych czasach. Niektórym się nie udaje, ci są
wyraźnie niezadowoleni, prowokują rozliczne strajki w zakładach pracy;
innym nie chce się monotonnie pracować na socjalistycznym etacie.
Bardziej myślą o własnych karierach wbrew istniejącym przeciwnościom
losu. Posiadanie licznej rodziny na utrzymaniu jeszcze bardziej ich do
tego determinuje,. Im więcej młodych w tej sytuacji się znajduje, tym
bardziej jest wokół niespokojnie. A podczas problemów dnia codziennego
zostaje jedyna nieraz dla wielu,poza spotkaniami towarzyskimi i
alkoholem, przyjemność. Taka, która potem procentuje, niczym najlepszy
zasiew. Wkrótce rodzi się pokolenie, któremu nie odmawia się
pewexowskich przyjemności, wykarmione na humanach, odżywkach i
witaminkach, za ciężkie na owe czasy pieniądze i często z zachodnich
paczek. Przynajmniej żywność była też wtedy bardziej naturalna, bez
konserwantów: widać to po urodzie naszego pokolenia i jego dorodności.
Siły też nam nie brakuje, rodzice dali z siebie wszystko, co najlepsze.
Już wówczas mieliśmy wszelkie dane do przejęcia wpływu na świat,
roztaczający się przed nami. Mogliśmy z powodzeniem być jego godnymi
spadkobiercami. Buntownicy spod znaku polskiego rocka, inteligenccy
outsiderzy przecierali nam szlaki. Nas zaś było nadspodziewanie dużo,
odtrąbiono to wówczas szumnie w propagandzie PRL, w wielu filmowych
kronikach. Nikt nie myślał, że zabraknie dla nas potem miejsc na
dziennych studiach czy stanowisk pracy w przyszłości. Kto się wówczas
tym przejmował? Zresztą w owym czasie wszędzie i tak dominował kult
niezależności oraz samodzielnego myślenia, a przede wszystkim wolności.
Co zaś było potem?
Nastąpił przełom lat 80/90 tych, dorastaliśmy.
Byliśmy buntownikami, na jeszcze większą skalę niż nasi rodzice, o
dziadkach nie wspominając. Wokół głośno buzował rock, jeszcze sięgały
echa jarocińskiego punka, rodził się grunge, grano reggae. Gdzieniegdzie
fascynowano się bluesem i jazzem, jeszcze inni skupiali się na elektro
new wave czy new romantic, jakie wykwitło jeszcze w latach 80 tych.
Niektórzy byli też wówczas zafascynowani ulotnym klimatem intelektualnej
finezji zaklętej w poezji śpiewanej albo w mrocznym gotyku. Mieli
jeszcze wyższe duchowe aspiracje od pozostałych. Dla lubiących
bezpretensjonalną zabawę wkraczała scena elektronicznego dance’u. Każdy
odnajdywał coś, co zamierzał, jakąś odpowiednią niszę, w którą się potem
zagłębiał. Jedni sięgali po modne wówczas gry RPG, jeszcze inni
zaczytywali w mniej lub bardziej ambitnych książkach. Mieli własne
oryginalne zainteresowania. Spotykali się dla frajdy przebywania ze
sobą, wymiany poglądów i rzeczowej dyskusji. Byli zainteresowani takimi
zjawiskami i słowami jak przyjaźń, miłość, bezinteresowność, radość,
pasja, dobrze pojęta niecierpliwość oczekiwania następnego dnia i jego
wydarzeń. Nie rozmieniali się przy tym na drobne. Wyznaczali
alternatywę, nowe trendy, własne ścieżki, którymi odważnie i dumnie
kroczyli, w opozycji do schematycznych i sztywnych reguł gry,
wyznaczanych przez technokratów oraz zgredów. Mieliśmy swoje środowiska,
aktywnie je współtworząc i komunikując się pomiędzy sobą z pożądanymi
przez nas rezultatami. Umieliśmy się dogadać, skutecznie wypracowując
wartościowy dla nas wszystkich konsensus. Inni korzystali ze szkodliwych
używek: oczywiście – znajdowali się pośród nas ludzie, którzy psuli
siebie i innych, np. szkodliwymi nałogami (wtedy to wybuchła „epidemia”
narkomanii kompotu, tak wykolejał ludzi krańcowy eskapizm). Jednak w
większości mieliśmy do czynienia z afirmacją życia. Nie było to wszystko
jakąś bezsensowną idealizacją,lecz wartością samą w sobie, że
propagowano postawy witalizmu i działania. W licznej grupie ludzi – i
nie jest tu mowa o środowiskach ZSMP. Wszędzie, gdzie się szło widać
było młodość, jak na jakiejś propagandowej pocztówce z gierkowskich
czasów. Jednak bezsprzecznie tak było, w miastach i wsiach pojawiło się
nas bardzo wielu. Pośród nas także liderów, luminarzy, oryginałów oraz
artystów życia, w pełnym tego słowa znaczeniu. Ewidentnie byliśmy JACYŚ!
Nie przetworzeni i nie homogeniczni, jak jakieś sztuczne wytwory
korporacji, dopasowani do pracy jako tryby wynaturzonego
turbokapitalizmu – lecz koncepcyjni, kreatywni i młodzi ludzie, z
charakterystycznym błyskiem w oku. Czy są nadal tacy wśród nas, którzy
jeszcze pozostali tu na miejscu? Czy też może ostatni z nich zgasił już
za sobą i swoimi ideałami przysłowiowe światło, wyjeżdżając na zmywak do
Szkocji? Nastąpił kryzys, tym razem już nie tylko materialny, lecz
także duchowy. Obciążający nasz stan radości, młodości i beztroski.
Trudności dnia codziennego przełożyły się na stopniowy upadek naszej
siły marzeń i natężenia dążeń. Z bezinteresowności wkroczyliśmy niestety
w odwrotny doń kierunek – w stronę prywaty, niemożności dogadania się i
wyznaczania własnego terytorium, już bez wcześniejszej otwartości na
innych. Było to rażącym zaniedbaniem i błędem. Przestaliśmy się przez to
wzbogacać, w przenośni i dosłownie. Nie wierzyliśmy już w siebie, nie
walczyliśmy, usiedliśmy na przysłowiowej dupie, narzekając na wszystko
jak milcząca większość. Daliśmy się stłamsić jakimś niewidzialnym
demonom zwątpienia i stanęliśmy przez to w miejscu. A najgorsze było to,
że przestaliśmy się rozwijać. Złożyło się na to szereg spraw i rzeczy.
Od
lat 90 tych XX wieku mieliśmy do czynienia z falą kultu pieniądza.
Myślano powszechnie, że handel rozwiąże wszystkie nasze bolączki i
problemy. Bombardowano nasze umysły uciążliwymi reklamami. Wszędzie
głoszono też hasła wytężonej pracy, błogosławieństwo nadgodzin
(koniecznie bezpłatnych – rzekomo byliśmy na ciągłym dorobku jako naród)
i ogólną religię ciągłego harowania od świtu do nocy w biurach,
korporacjach u prywaciarzy – jednym słowem, gdzie się tylko da. Kto się
sprzeciwił, wylatywał, niczym strącony w „Chińczyku” pionek. Nie
obowiązywały żadne racjonalne usprawiedliwienia, wszyscy aktywni
zawodowo mieli być zarobieni po uszy! W przeciwnym razie mogli zasilić,
jak w tym ponurym dowcipie, największą armię w kraju – bezrobotnych.
Nikogo nie interesowały czyjeś zainteresowania, jego osobowość, postawa,
o godności już nie wspominając. Wszyscy dążyli do efektu finalnego,
zwieńczającego wszelkie wysiłki, czyli do kasy. Nie bacząc kompletnie na
negatywne koszty funkcjonowania w takim społeczeństwie. Odbijało się to
na międzyludzkich stosunkach. Pierwszymi symptomami tych niekorzystnych
zjawisk były: izolacja, interesowność, (czyli szukanie znajomości,
które można było wykorzystać do pracy lub w handlu),sprzedawanie siebie,
niczym jakaś dziwka, komercjalizacja wszelkich relacji i
„towarowienie”wartości człowieka. Można by to określić najdobitniej
słowami aktora i myśliciela, Krzysztofa Majchrzaka: „skurw się za
grosze!”. Prawie wszystko można było kupić, nawet płatną miłość, ale o
tym już się głośno nie mówiło. Obowiązywała jakaś zmowa w hipokryzji, w
której byliśmy zanurzeni; czy tego chcieliśmy, czy też nie. To za nas
określano reguły, a my nie mogliśmy narzucić swoich, nie byliśmy dobrze
ze sobą zgrani podobnie jak klasy w szkole, do których uczęszczaliśmy.
To nie mogło przypominać 1968 roku. Wykorzystywano nas, a my nawet nie
śmialiśmy się temu przeciwstawić. Począwszy od reżimu szkolnego, gdzie
faworyzowano utytułowanych, dzieci nowobogackich i innej maści
„uzdolnionych” inaczej, z racji czyjegoś poważanego nazwiska rodzica w
lokalnym światku, co przekładało się potem na edukacyjne relacje – już
wtedy wiedzieliśmy tą rażącą, społeczną niesprawiedliwość, a jednak nie
robiliśmy z tym kompletnie nic. Ktoś w naszym otoczeniu awansował, a
inni mu zazdrościli, tylko dlatego, że miał dojścia, plecy, znajomości,
nazwisko, czy wreszcie pieniądze. Lansowano go, z racji tych przymiotów,
których większość już niestety nie posiadała. Inni musieli wszystko
wydzierać dla siebie. Swoim autentycznym utalentowaniem, charyzmą,
pasją, tym wszystkim, co sobą reprezentowali, buntem, ukierunkowaniem na
cel. Tacy byli i są. Ufamy, że jest ich najwięcej, spośród tu
wymienionych. Bo musimy i powinniśmy wierzyć w siebie, że sprostamy i że
powiedzie się nam, wbrew temu, co próbują nam wmówić zawistnicy, albo
osoby nam nieżyczliwe. Nawet wtedy, gdy wyrasta przed nami mur
ignorancji, przeskoczymy go, jeśli zajdzie taka potrzeba. W naszej
niepokorne i buncie tkwi siła, czemu więc nie przeskoczymy znów do
naszych korzeni? Do życiodajnej symboliki młodości, skąd czerpiemy
energię do naszych zamierzeń, do wszystkiego, co robimy dla innych i dla
siebie (kolejność nieprzypadkowa – dając coś innym, wzbogacamy się
najbardziej i poznajemy siebie najmocniej). Odwróćmy niekorzystny bieg
wydarzeń i uwierzmy w nasze możliwości oraz energetyczne pokłady,
których naprawdę mamy w sobie bardzo wiele. Otwórzmy się z powrotem na
innych ludzi, jak za dawnych lat, bogatsi o nowe, obserwacyjne
doświadczenia. Jesteśmy wyjątkowi, już teraz psychologowie i terapeuci
ukuli określenie na nasze pokolenie, obejmujące przełom lat 70/80 –
„Dzieci Indygo” (charyzmatycy, idealiści, romantycy i buntownicy, to
jest nasza właściwa baza). To my powinniśmy zacząć zmieniać świat na
lepsze, a nie ktoś za nas. Zrezygnować ze zbytniego ograniczania się
indywidualizmem na rzecz działania zespołowego, dobrze pojętego; które
jest określone naszym wspólnym dobrem. Jeżeli żyje nam się wszystkim
przez to lepiej, to każdy z osobna też dzięki temu zyskuje. Obudźmy się
wreszcie, czas zacząć działać, teraz jest do tego najwłaściwsza pora!
Po latach 90 tych rozpoczął się XXI wiek. Na pewno wielu z Was odczuło
związane z tym przemiany, jak chociażby jeszcze większą rolę mediów,
elektronicznych platform informacyjno – komunikacyjnych, Internetu, czy
globalizacji. Można już swobodnie wymieniać się spostrzeżeniami, ludzie
tworzą portale społecznościowe, czy też blogi, dzieląc się swoimi
uwagami, obserwacjami na rozmaite tematy. W bardziej zwielokrotnionym
stopniu, aniżeli dotychczas możemy wykorzystywać dostępne nam narzędzia
medialne, tworzyć filmy, realizować własną muzykę, pisać, malować w
programach graficznych, zakładać przedsiębiorstwa; robić to, co tylko
chcemy – co przysłuży się ludziom i wniesie coś wartościowego do świata.
Obowiązuje przy tym pełna mobilność oraz dowolność. Eksplorujemy
czasoprzestrzeń, która za pośrednictwem Einsteina i Bergsona już dawno
temu stała się względna. Jesteśmy Pionierami nowych stylów. Nie zaś
biernymi wykonawcami ogłupiającego postmodernizmu, będącego jak
najbardziej na rękę zainteresowanym tym niekorzystnym stanem rzeczy,
gremiom. Powinniśmy zwrócić uwagę na jedną zasadniczą sprawę: silniejsi
jesteśmy tylko razem. Jak wiązka trzciny: nie do złamania, każdy z nas
osobno hartował się przez lata, to tym bardziej jesteśmy niepodatni na
chore wpływy. Czasy „samotnych wilków, informatyków czy wszelkiej maści
freelancerów, ślęczących nad swoimi wytworami, powinny minąć
bezpowrotnie. Obowiązują konstruktywna krytyka i komunikacja.
Powinniście wiedzieć jedno: przecież wszelkim korporacjom, instytucjom,
koncernom czy sztywnym związkom chodzi o rozczłonkowanie i rozbicie
jedności pokoleniowego światopoglądu. Skłóceni dają sobą łatwiej
kierować i zarządzać, jak stado bezmyślnych baranów. Od dawna już
wiadomo, że niewykształcony człowiek, w dodatku bez zaplecza nie jest w
stanie niczego zmienić i robi bezwiednie to wszystko, co zalecają mu
możni tego świata. Obecnie jakość myślenia uległa znaczącej poprawie,
świadomość zyskuje na znaczeniu, a nienormalne fluktuacje związane z
docenianiem przeciętności zaczynają być w widocznym odwrocie. Wiele
rzeczy zostało do tej pory wytwarzanych tylko dla zaspokajania próżności
i korzyści finansowej; natomiast teraz obserwujemy bardziej
poszukiwanie nowych dróg rozwoju – skupianie się na aspektach
niematerialnych, bo tylko one w większości dają pożądane szczęście i
prawdziwe spełnienie. Bo, czy cieszymy się, mając nowe mechaniczne
rzeczy i 850 wirtualnych „przyjaciół” na portalach? Zapewne czegoś nam
brakuje, do tej nieskomplikowanej i prawdziwej radości, jaką mieliśmy w
sobie w tamtych latach. Ponownie więc odkryjmy w sobie ta świeżość i
autentyzm naszych przeżyć, które nas ukształtowały. Róbmy swoje, co
do nas należy. Potrafimy i pokażemy, na co nas stać, wbrew tym wszystkim
podstarzałym niedowiarkom, którzy uparcie i do znudzenia powtarzają, że
nic się podobno już nie zmieni. Otóż my twierdzimy inaczej, pokazując,
że można. A nawet trzeba!
P. S. Zainteresowanych klimatem tamtych
czasów odsyłam do filmów Piotra Łazarkiewicza pt. „Fala” z 1985 roku,
jak również warto pooglądać „Beats of Freedom – Zew wolności”,który to jakiś czas temu wszedł do polskich kin
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz