Czy widzieliście kiedyś „Stalkera” reżysera - wizjonera Andrieja Tarkowskiego? Bohater jest przewodnikiem oprowadzającym po Zonie. Bynajmniej nie w znaczeniu turystycznym. Zaczyna się od ujęć przedstawiających potężny kombinat przemysłowy wraz z wątpliwymi efektami jego działalności. Trujące kałuże bulgoczą a stalker kroczy obok nich w poszukiwaniu lepszego świata. Gdzieś w oddali słychać kolejowy sygnał, to pociąg przejeżdża obok dymiącego zakładu. Tory i huta. Pociągi z urobkiem zmierzające do paszczy ziejącego ogniem smoka. Alchemia nakierowana na przetworzenie surowca w oddzielny, bo doskonalszy byt. Inna faktura materiału, po prawdziwej metalurgicznej mordędze: świadomych działaniach i zamierzonych cierpieniach. Przetopiona i zahartowana parującym kotle, chłodzonym biczem wody, tak jak ja – dotychczasowym losem. Nietzsche, który też z pochodzenia był Polakiem, powiedział mądrze: „co nie zabije, to wzmocni”. Nie marzę, dobrze wiedząc, że czas wyznacza rytm zmian. Przystosowujemy się do nich na miarę naszych możliwości. Działam, bo interesuje mnie finalny rezultat przeobrażenia mojej aktywności. Jak mawiał Jack Kerouac: „kiedyś wszystko znajdzie swoją formę”. Przemieni się przy wysiłku jak rozgrzany koncentrat w szlachetny stop metalu.
Zona: opuszczona nadzieja
Wybrałem się niedawno na przechadzkę po przemysłowym przedmieściu, która przypominała spacer po Prypeci. Mała dygresja, wynikająca z mojego toku myślenia: Tarkowski i Bracia Strugaccy przewidzieli, co nastąpi w Czarnobylu. Przestrzegali przed tym: jeden w swoim filmie, drudzy w książce „Piknik na skraju drogi”. Wyraźnie ostrzegli przed ludzką pychą. Można też rzec, że przepowiedzieli Fukuszimę, ale nie ma co wybiegać już tak daleko. Ważne, że mam tu swoją prywatną zonę, obejmującą zasięgiem lata przeszłe, teraźniejsze i przyszłe. Czuję się nieraz jak taki stalker obejmujący Tajemnicę Bytu; do której tylu już zmierzało, ale jej nie zdołali osiągnąć. Należał do nich Witkacy, choć jemu współcześni brali go za wariata. Zupełnie bezpodstawnie: lepiej być jak jurodiwyj więcej odczuwający i doświadczający, niż jak mędrzec skupiający się na samym intelekcie i w dodatku nie wychodzący z domu. Taki to już zupełnie nic nie wie. Przepuszczam więc swoje dotychczasowe doświadczenia niczym nowoczesny filtr nałożony na dym przeszłości, który ściele się dziś sennie do ziemi. I wtedy i dziś doświadczałem stanu pobudzenia, spowodowanego moim natężonym skupieniem własnego „ja”, skupiającego w sobie rezultaty ówczesnych przeżyć. Strumień świadomości, o którym pisali Bergsson i tylu pisarzy przetoczył się przeze mnie. Oniryczne kształty zbliżyły się do mnie a wizja nasiliła się. Nie wstrzymywałem jej tego wieczoru. Obrazy przepływają na tyle swobodnie, że z powodzeniem potrafię odtworzyć ubiegłe lata i obecne. A także przeczuć nadchodzące. To wszystko w jednym czasie, niczym szaman Anjelito, opisywany w Rio Anakonda Cejrowskiego. Z tą różnicą, że nie żyję w Amazonii, tylko na obszarze zanieczyszczonym cywilizacją. Bowiem corocznie jako dzieci otrzymywaliśmy swoją porcję ołowiu i kadmu; tyle,że wokół panowała zmowa milczenia. Nie prowadzono w ogóle jakichkolwiek badań. Jeszcze dziś nasuwa się mi ciekawa impresja: jedziemy w okolice huty, jest piękny i słoneczny dzień: drzewa nie chcą rosnąć a roślinność wydaje się być przepalona. Dużo ludzi choruje, nie wiadomo na co. Lekarze bezradnie wzruszają ramionami. W końcu zapada decyzja: wysiedlić mieszkańców wegetujących obok zakładu. Rośnie tym samym pustynna strefa. Zona rozszerza się na wiele opuszczanych wsi, ludzie otrzymują możliwość zamieszkania w blokach. Korzystają z tego skwapliwie, a migracja stwarza napięcia, pomiędzy nowo przybyłymi a miejscowymi. Na balkonach obserwuje się cepeliadę, niektórzy trzymają gołębie, jak Balcerek z Alternatyw 4. Tu i ówdzie słyszy się o problemach z oddychaniem, zespole „czerwonego gardła”, chorobach tarczycy i ołowicy. Był niegdyś „Człowiek z marmuru”, czy z żelaza. Teraz jest za to „Człowiek z ołowiu”. Inne jednostki chorobowe też znajdują się w medycznym spisie. Z tym, że nigdy oficjalnie go nie pokażą. Za to po cichu wysyła się dzieci na zielone szkoły i półkolonie, choć powinno się finansować odniesione zdrowotne straty w kontekście postawienia obok nas kombinatu. Wyziewy zostają po jakimś czasie spacyfikowane przez technologię, założoną w toku dostosowawczych procesów transformacji ustrojowej: tego bezwzględnie wymagano. Skala zanieczyszczeń przestała przypominać jeszcze tą, sprzed drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Wszystko się unormowało – jakim jednak kosztem? Nikt nie zapłacił do tej pory za nadszarpnięte zdrowie mieszkańców. Wysłano następujący komunikat do ludzi: „cieszcie się, że dajemy wam pracę i że nie snujecie się jak inni w naszym kraju”. A, że zakład podzielono przy okazji na jak to się mówi: spółki, spółeczki, to już o tym nikt nie powiedział. I do zwolnienia poszły tysiące ludzi, pozostali zaś przestali się cieszyć takimi przywilejami jak dawniej. Nawet Dzień Hutnika, niegdyś obchodzony z prawdziwą pompą przestał być organizowany w formie festynu, jak to kiedyś było. Tym samym nadzieje ludzi na lepsze jutro zostały podważone z dwóch względów: pierwszy – to utrata zdrowia, które jest przecież najważniejsze; drugie – skończyła się praca i finanse nierozerwalnie z nią związane. Ponadto ołowica podniosła poziom agresji, co jest widoczne na rozlicznych przykładach z bloków. Cwaniactwo i chamstwo zaczęły wieść prym. Kroniki kryminalne odnotowują przykre zdarzenia, na które wpływ mają właśnie wskaźniki zawartości metali ciężkich w młodych organizmach. Przy tym zrobiono nieoficjalne badania na poziom ołowiu we krwi, ale potem skrzętnie schowano wyniki w archiwach. Autor miał okazje je czytać. Nie wygląda to najlepiej. Jeszcze teraz widać skutki podtruwania. Mamy tu więc taką ulepszoną wersję Prypeci albo stalkerowskich klimatów: jak kto woli. Jak więc w tych warunkach da się zbudować społeczeństwo oparte na wzajemnym zaufaniu, które jest cennym kapitałem wnoszonym do współpracy? O tym przecież tyle się mówi w kołach rządowych; u nas jest to naprawdę trudne.
Doświadczanie wizji i twórcza praca
Dym z kominów rozwiewał się od wschodniego kierunku, rozpościerając coś na kształt wzorzystej zorzy; jego wyziewy przedstawiły mi aspekty wydarzeń, jakie się rozegrały dawniej, z całą wyrazistością ich przebiegu. Trochę, jak Sydney Polak, który zrobił wiwisekcję swojego życia, dokumentując je za pomocą piosenki. Przekaz ze świetlistych lat młodości. Zrobię to jednak inaczej, posługując się inną formą niczym narzędziem przekazu. Odwołam się do obrazów, jakie mi się nasuwają na pierwszą myśl,zgodnie z sesją spontanicznej prozy. Trochę jak z realizmu magicznego, przyprawiam po południowoamerykańsku. Tak jak lubię najbardziej. Zawsze w ten sposób umiejętnie odgradzałem się od wpływów rzeczywistości. Tam są ukryte moje marzenia, w wewnętrznym świecie. Nikt mi tego nie zabierze. Widziadła przesuwają się jedno za drugim. Odtwarzam je zatem, w czym pomaga mi moja pamięć i sprzyjają temu okoliczności. Za oknem wieje huragan, przywołując na tą myśl zmiany, które stały się moim udziałem i w konsekwencji ukształtowały mnie na takiego człowieka, jakim teraz jestem. Dały mi tak potrzebne korzenie. Mam zrozumieć siebie i właściwie użyć swój potencjał do misji na Ziemi.
Nadrzeczne krzewy rozpościerają się wkoło mnie, sięgając aż po zenit. Wygląda to jak sawanna. Przychodzę nad skocznię, która własnoręcznie wybudowaliśmy przed laty. Dziś już niewiele zostało z fantastyczności tego miejsca. Widzę, jak jeziorko naruszył ząb czasu, wypłaciło się, a kiedyś miało z dziewięć metrów głębokości. Teraz rzeka na skutek którejś powodzi przyspieszyła proces zarastania, wszystko się wypłyciło. Nie ma tej głębi co kiedyś: wcześniej nigdy nie mogliśmy dobić dna. Dziś można to zrobić nadspodziewanie szybko, zatapiając się w bagnisty muł. I nie wiadomo, czy się z tego w ogóle można będzie wygrzebać. Jezioro ma zgniły zapach i szarobury kolor. Kiedyś miało krystaliczną wodę, jednak wszystko ulega zmianom. Nie ma ani tych ludzi, ani zapachu takiego lata; brak też roześmianych twarzy. Wcześniej, jako dzieci bawiliśmy się tam na całego nie oszczędzając siebie i rozkoszując się wspaniałym latem. Do tej pory dolatuje mnie echo beztroskiego śmiechu oraz plusku wody. Ona oczyszcza z osadu niepamięci i trosk. Pozwala sięgnąć głębiej w swoje lustro. W nim widzę siebie,z obecnych lat. W oddali, tak jak kiedyś dymią hutnicze kominy; a mostem przejeżdża pociąg towarowy. Kiedyś machaliśmy do niego i nam zawsze odtrąbił. Teraz już nie macham, brak już tej frajdy, co kiedyś, poza tym brak mi towarzyszy z dziecinnych lat. Dorosłem i nadal wierzę w swoje marzenia, że je wygram. Nie tak jak inni, których znam. Ciągle pragnę być na powrót dzieckiem,ale z ta wiedzą, którą już zdobyłem. Myślę, że się mi to udaje. Przecież jestem Dzieckiem Boga.
Inspiracje
W trakcie przemian dostrzegłem, że nie jest tu łatwo, ciągle trzeba o wszystko walczyć. Znajomości, układy, klany rodzinne, które zdołały się tu odpowiednio wcześniej zawiązać i dziś blokują dostęp do wielu zajęć. Obstawiając je swoimi ludźmi, mniej czy bardziej spokrewnionymi. Inni lokują swoje żony i kochanki. Miasto jest obstawione, dla moich przyjaciół nie było w nim miejsca. Zmuszeni są do wyjazdu, nic im nie zaoferowano, pomimo ich wytężonej pracy oraz nadziei związanej z pragnieniem lepszego życia tu, na miejscu. W miarę postępującego kryzysu, gdyby tak użyć języka marksistowskiego zaostrza się walka. Z tym, że już nie klas – bo te zlikwidowano. Było to pewnym gremiom na rękę: nie mieć etosu robotniczego i rozbić jedność pracujących wspólnie ludzi. Stąd nastąpiło „uspółkowienie” oraz podziały społeczne, mające za cel skłócenie ze sobą ludzi. Według zasady Machiavellego: „dziel i rządź”. Dopóki ludzie są ze sobą skłóceni, nie są niebezpieczni. Widać to dobrze w Nyrolsku, kiedyś tego nie było. Co się stało z moim miastem, gdzie robi się wszystko do podsycania dalszych antagonizmów, a walki polityczne przybierają na sile? Gdzieś zapodziały się całkiem ideały solidarnościowe, teraz każdy rwie kęs jedynie dla siebie. Tylko, czy o to nam naprawdę chodziło? Moi znajomi zmuszeni są sprzedać się, jak to mówił w którymś wywiadzie jeden aktor,który zaczął występować w reklamach, by mieć z czego żyć: „skurw się za grosze!” Przychodzę złożyć aplikacje już niejeden raz, a tu dowiaduję się, że należy się udać do Pana X z Partii Y, bo to on rozdaje karty w mieście. Na zwykłe stanowisko referenta. Poza tym słyszy się, jak robią castingi na co się tylko da. Celuje w tym zwłaszcza jeden Pan dyrektor z ośrodka, który zatrudnia długonogie panny, póki mu się ostatecznie nie znudzą. I wtedy ogłasza następny nabór. Jeśli chodzi o ekonomię, to przypomina to ziemię obiecaną; nie dla wszystkich. Poza tym pracować w dziurze po ciężkich znajomościach, to dla mnie śmierć ambicji i rozstrzelanie marzeń. Stąd nie podzielam takiej postawy, jak ci, którzy ślinią się na samą tylko wieść o możliwości uzyskania etatu na kopalni. Dlatego robię to, co tamci uważają za mrzonkę albo rodzaj intelektualnego onanizmu w nierzeczywistej, zamglonej perspektywie: piszę. Wbrew wszystkiemu i wszystkim. Dla siebie. W tych właśnie warunkach. I to są marzenia, których przenigdy nie oddam, za jakąkolwiek nierealną obietnicę. Nauczyłem się je rozróżniać, jak to się u nas mówi: „obiecać to nie grzech”. Uodporniłem się na takie powiedzonka, pracując jak self-made-man, na swój upragniony sukces. Odkąd sięgnę pamięcią na wszystko musiałem sobie zapracować, nie jestem bananowcem. Jak to kiedyś uświadomił mi Norman Mailer, jeden z moich ulubionych pisarzy i dziennikarzy: „interesuje mnie supremacja”. W dziedzinie, która kocham. Jestem na tym etapie. Szukam swojego miejsca na ziemi, jednocześnie dobrze wiedząc, że już go znajduję.
Skąd startuję i dokąd idę
Wywodzę się ze środowiska robotniczego, tego, które faktycznie obaliło komunę. Nie zrobił tego pojedynczy człowiek, lecz cała masa ludzi – zupełnie nie tak, jak się to teraz usiłuje przedstawiać. Wałęsa był tylko wyrazicielem, symbolem i nikim więcej.
Dorastam, a na horyzoncie przybywa za każdym razem coraz to więcej budynków. Nyrolsk wydaje się nam miastem być marzeń: nowoczesnym i przestronnym, budowanym na wzór ośrodków wielkopolskich. Tworzyli go zresztą ci sami architekci. Można powiedzieć, że praktycznie od podstaw. Wcześniej był zniszczony po wojnie w przytłaczających krajobraz procentach. Mój przyjaciel, który jest okultystą, mówi,że to dobrze, bo przynajmniej całkiem oddaliły się demony przeszłości. Wcześniej czaiły się w starych murach i załomach. Przepędziła je nieodpowiednia dla nich atmosfera.
Dzieciństwo już przeminęło. Wcześniej byłem odbierany jako odmieniec, obecnie postrzegają mnie w formie oryginała. Właśnie w miejscu zwanym Polską, Nyrolsk stanowi w odniesieniu do kraju ludzki konglomerat o składzie reprezentującym cały kraj. Marzymy w nim nieraz o wielkości, jaką kiedyś osiągniemy – dziwnie spokojni o nasz byt. Przeczuwamy perturbacje, związane ze wstrząsem, którego mamy być świadkami. Wielu z nas już teraz widziało fałsz i utopię całego cyrku i pustego ceremoniału. Świat stał się przez to nudny. Zjawiska społeczne doprowadziły już wielu do wykolejenia. Zniweczyło to ich osobiste nadzieje, a wiele marzeń zostało pogrzebanych bezpowrotnie. Wkrótce zobaczyłem, jak w codziennej walce o byt grzebią po śmietnikach, albo zapijają się na śmierć.
Dziś wiem, że najcenniejsze są ludzkie doświadczenia, wiedza wynikająca z bycia, pasja oraz aktywność. Jestem świadomym kontestatorem zastanej rzeczywistości. Uwielbiam stany oderwania się od niej, lotu w nieznane. Mogą mnie nazwać mutantem, dziwakiem. Nie dbam o to. Ważne jest to, co przekazują i wytyczają moje marzenia. Przy starcie, który na samym wejściu w dorosłe życie był dla mnie walką. Za swoje marzenia każdego dnia oddaję rezultaty swoich zdolności, jakimi zostałem obdarzony. W celu samorealizacji. Do tego warto zmierzać i oddać to, co najcenniejsze: swój czas. By potem nie żałować i śmiało rzucić: BYŁO WARTO!!!
P. S. Nyrolsk oznacza połączenie znaczeń: przemysłowy Norylsk i "nyrol" - wyraz z Wlkp.: ktoś ograniczony, tępy, zdziadziały. Gra słów.
śmierć ambicji i rozstrzelanie marzeń...
OdpowiedzUsuńchyba zacznę cię cytować ;))