sobota, 22 grudnia 2012
Informacja - "Realia: wtajemniczenie".
Zgodnie z tym, co pisałem w artykule pt. "Eksperyment" podjąłem się ukazania tego, jaki byłem wcześniej, a jaki jestem obecnie. Z uwzględnieniem ewentualnych zmian u samego siebie, zachodzących w moim charakterze, osobowości, zachowaniach, relacjach z innymi ludźmi, itp. Wyszczególniam poza tym,czy coś uległo zmianie, może normalizacji, albo optymalizacji? Pod względem społecznym niestety nie widzę takich symptomów - wręcz odwrotnie. Pogłębiający się kryzys tylko utwierdza w przekonaniu, że nic się w tej materii nie zmieniło. Co najwyżej podziały społeczne uległy powiększeniu, nastąpiła tez większa pauperyzacja społeczeństwa aniżeli dotychczas, klasa średnia zaś ledwo zipie! Nadal bardzo dobrze ma się warstwa nowobogackich oraz inne grupy, które na tym wszystkim korzystają. W ten sposób nie ma już zaufania społecznego, które jest nam tak potrzebne! Poza tym religia nie pełni już takiej roli jak jeszcze kiedyś. Nie zjednuje ludzi, bardziej stwarza podziały. Widać to przy postawach, wraz z opowiadaniem się po którejś ze stron, czy to jeśli chodzi o politykę, czy o identyfikację z określoną grupą społeczeństwa. Narasta kastowość i klasowość, zamiast pożądanego solidaryzmu, który obowiązywał niegdyś bardziej, niż teraz. Ludzie patrzą najczęściej na czym mogą zyskać, nie liczą się jak kiedyś: bezinteresowność, przyjaźń, niezmienne zasady bazujące na wzajemnym porozumieniu i szacunku wobec siebie. Tego najwyraźniej brakuje. Należy to wskrzesić. Skoro opowiadam się za czymś takim, to tak samo są ludzie również wyznający takie podejście i nie oceniający kogoś miara jego grubości portfela, statusu, czy tego, co "może załatwić oraz jakie ma znajomości do tego". Nie bawi mnie jak może innych określanie gdzie pracujesz, w jakim zawodzie - to będziesz wówczas dla kogoś perspektywiczny lub nie - stereotypizacja nakierowana na posiadanie, nic więcej. Wypranie z wszelkich uczuć, poza pierdoloną kalkulacją! Takie podejście nigdy mnie nie interesowało: tak wówczas, jak i teraz. W przyszłości również nie zamierzam dołączać do tego krzykliwego klubu malkontentów narzekających na wszystko i dyletantów: mających innych w dupie, jeżeli nic im się nie zaoferuje. Od wszystkich pragną wszystkiego, tylko nie od siebie. Najwyższa pora aby zaczęli w tym dostrzegać siebie i w tym aspekcie budować swoje wnętrze. Tylko człowiek bogaty - tu was zaskoczę - wewnętrznie (!) może dać coś z siebie innym. Robię to na łamach tego blogu. Zawsze chciałem być kapłanem. Koniec kazania.
Realia: wtajemniczenie.
Wtajemniczenie. Retrospekcje z wieku dorastania.
Nastał późny wieczór. Arktyczny zimny wiatr niemiłosiernie targał drzewami we wszystkie strony. Mieszkalne okna już dawno pociemniały i tylko gdzieniegdzie było widać zapalone lampy uliczne. Miasto, jakich w Polsce wiele. Wokół odrapane budynki, poobrywane chodniki, łatane ulice i wszędobylski brud. Tłumne za dnia trasy spacerowe teraz całkowicie się już wyludniły - ludzie siedzieli w domowych pieleszach przed telewizorami. Tam i ówdzie jacyś kloszardzi krążyli od śmietnika do śmietnika do nocnego klubu uporczywie poszukując czegoś strawnego do zjedzenia, wokół zaś szwendały się dzikie koty. W oddali górowały kominy jakiegoś przemysłowego zakładu, z którego wszyscy zostali wywaleni na bruk; oprócz dozorcy, przeganiającego dzieci i biorącego za swoją pracę nędzne grosze. Z drugiej strony ulicy wyrosła okazała kolegiata, wraz z prywatnym parkingiem, wypasionym mercedesem i wystawną plebanią, przypominającą swoimi rozmiarami pałac. Otoczenie było względnie czyste. Z rzadka we wnękach bram wystawali nałogowi alkoholicy , żłopiący denaturaty i winula. Stosowali się wiernie do słów Himilsbacha, który powiedział kiedyś: "denaturat jest dobry - każdy inny alkohol jest bardzo dobry!". Napoje wyskokowe dawały im jedyną pociechę w ich jakże smętnej egzystencji. Jeden z nich załatwił się za potrzebą przy kamienicznym murze, doskonale wtapiającym się w tutejszy krajobraz. Gdzieś nieopodal narkoman nakłuwał igłą swoją żyłę kolejną dawką toksycznej heroiny, łagodząc swój głód tego specyfiku. Dokonawszy tej operacji zadowolony zgarbił się i ohydnie splunął.
Przy zniszczonych schodach usadowiła się pokaźna grupka, poszukująca mocnych wrażeń, która bawiąc się sprężynowcami niczym stado basiorów oczekiwała pojawienia się ofiary. Nie mogli jednak liczyć na łatwy łup, ponieważ niewielu ludzi przechodziło tędy o tej porze, a przy tym wiedzieli, że śmiałkowie, którzy wyruszają na miasto posiadają czasami niewinny miotacz lub metrowy kij ukryty za pazuchą kurtki; nie mówiąc już o gościach taszczących pod pachami giwery. Do tych nie było co podskakiwać. Pod bramą, w odległości niespełna dwustu metrów patrol policji przeprowadzał rutynową kontrolę, więc cała banda postanowiła na razie profilaktycznie zniknąć - pozostając niezauważona. W pobliskiej pijalni piwa ogorzali mężczyźni po przejściach gawędzili wesoło o nowo powstałej agencji towarzyskiej; zaś na placu młodzieniec z nażelowaną, modną fryzurą pokazywał swojej dziewczynie możliwości kilku setek koni mechanicznych najnowszego nabytku, który należał do jego ojca. Ujeżdżał go tak, jakby ten był jakimś bolidem z transmisji formuły pierwszej. Chłopak był przy tym nieco pijany, toteż uderzył w drogowy znak i uszkodziwszy przód karoserii metalicznego koloru wpadł w lament. Dziewczyna rozczarowana takim obrotem sprawy uciekła z miejsca zdarzenia. Obserwujący zajście piwosze ryknęli na to gromkim śmiechem, chociaż w ich oczach jarzyła się nieskrywana zazdrość. Koło drzwi prowadzących do wnętrza sąsiedniej rudery, zbudowanej ze starych, czerwonych cegieł w secesyjnym stylu, kręciły się dwie urocze panny, wyglądające dość młodo - ale za sprawą odpowiednio dobranych: makijażu i kusego ubranka dosyć dojrzale. Naciągały potencjalnych klientów dowcipnymi i bezpruderyjnymi aluzjami, lecz nie odnosiło to wszystko pożądanego przez nich skutku. Między innymi dlatego zamierzały wyjechać nad granicę, albo na uczęszczaną przez kierowców tranzytową drogę. Wtedy to zawsze zarobiłyby u niektórych Niemców więcej za oddane im usługi, ci z reguły skorzy są do urodziwych, młodych dziewczyn i zawsze sypną markami. Zwłaszcza jak się im jeszcze coś ugotuje w odpowiednio dobranym uniformie! Wreszcie zza rogu wyszedł posiwiały mężczyzna i zaprosił dziewczynę do wynajmowanej przez siebie na pewne okazje kawalerki. Poszła niewiele się namyślając,bo co też innego miała do roboty?
Od strony starówki dobiegała końca manifestacja sympatyków faszyzmu. Część z nich nie miała dobrego dnia i wyszła stamtąd do centrum, aby wyżyć się na przygodnie napotkanych osobach, o innym niż polski wyglądzie. Właśnie kilku poczyniło kroki w ich kierunku - spojrzeli agresywnym i sfrustrowanym drabom w oczy. Była to przysłowiowa iskra do beczki z prochem. Wywiązała się przez to walka, w której użyto wszystkiego, co tylko znajdowało się pod ręką. Kilku napastników już broczyło krwią, inni charczeli. Przerwano to dopiero wtedy, gdy nadjechała prewencja. Wynikiem nagłego starcia była utrata przytomności przez jednego z uczestników; jak również: złamane nosy, naruszone żebra, wstrząs mózgu oraz kałuża krwi wraz z zatopionymi w niej resztkami zębów. Do domów powracali też spóźnieni pseudokibice, odprowadzani tym razem przez liczną rzeszę policjantów. Zachowywali się oni dość przyzwoicie. Może trochę, licząc dwa zdemolowane wagony, zniszczone siedzenia, oparcia i toaletę, a także wystraszonych przez to podróżnych. Należało wykonać im parę ścieżek zdrowia, przez co pseudokibice grozili, że mogą wykonać lekarskie obdukcje. Byli oni i tak już dostatecznie pomęczeni bitwą (ustawką) na wyjeździe, gdzie spuścili perfidny wpierdol swoim odwiecznym przeciwnikom, w ramach jakiejś "świętej wojny" - której to już z kolei? Obowiązkowo mieli jeszcze wymęczone wielogodzinnym zdzieraniem głosu gardła. Z kolei w drugiej części miasta, w tym samym czasie, na przedmieściach wśród samochodów i domków jednorodzinnych, z przepysznymi posesjami włącznie - uwijali się zawzięcie młodzi adepci trudnej sztuki ograbiania ze sprzętu grającego, tudzież innych kosztowności. Należały one do rozmaitych bonzów i prywaciarzy inwestujących we wszystko, a już najbardziej w siebie i zbytki; tylko nie w swoich pracowników. Robota paliła się młodym w rękach ale działali przy tym ostrożnie. W końcu znudziło się im ogołacanie wozów i postanowili przejechać się nagłośnionym w reklamach modelem produkcji japońskiej. Jak się okazało, bardzo zresztą prędkim. Rozbawieni kompani złodziejskiego fachu podążyli swoim mobilem na rozpoczynającą się właśnie dyskotekę, chcąc zaimponować czekającym na wejście do niej panienkom.
W oddali słychać było jakieś stłumione wystrzały. "Pewnie wypróbowują się znowu w swoich porachunkach, jak to gangi - pomyślał pewien przechodzień, lecz nim zdążył obrócić się w kierunku zmierzających ku niemu mężczyzn, usłyszał zgrzyt otwieranego noża i poczuł zimną stal, przykładaną do szyi. Nie mając innego wyboru musiał natychmiast i bez wahania oddać napastnikom skórzaną kurtkę, którą miał na sobie. Na zakończenie całej tej niefortunnej imprezy otrzymał jeszcze zewsząd silnie wymierzone kopniaki w głowę i zrezygnowany oraz otępiały osunął się na bruk z bólu. W bloku rozpościerającym się ponad pechowcem dochodziły go czyjeś histeryczne krzyki. To zapity ojciec bił żonę, a następnie córkę - raz po raz: do nieprzytomności. Na nic zdawały się ich jęki i błagania. Nad ranem lekarz zastanie je obydwie, zasztyletowane przez żyjącego z nim pod jednym dachem sadystę. Potwierdzi ich zgon. Tymczasem pogasły nieliczne już światła - poza tymi nielicznymi, w których ukryte cichodajki wykonywały swe conocne zajęcia - mieszczaństwo pokładło się do snu na dobre. Około brzasku sytuacja uległa normalizacji a nocni zaskrońce poszli spać po libacjach i zaczepianiu o pięć złotych. Wymęczeni swoim nałogiem, zatruci jadem agresji i obrzydzeni sobą samymi.
Nastał późny wieczór. Arktyczny zimny wiatr niemiłosiernie targał drzewami we wszystkie strony. Mieszkalne okna już dawno pociemniały i tylko gdzieniegdzie było widać zapalone lampy uliczne. Miasto, jakich w Polsce wiele. Wokół odrapane budynki, poobrywane chodniki, łatane ulice i wszędobylski brud. Tłumne za dnia trasy spacerowe teraz całkowicie się już wyludniły - ludzie siedzieli w domowych pieleszach przed telewizorami. Tam i ówdzie jacyś kloszardzi krążyli od śmietnika do śmietnika do nocnego klubu uporczywie poszukując czegoś strawnego do zjedzenia, wokół zaś szwendały się dzikie koty. W oddali górowały kominy jakiegoś przemysłowego zakładu, z którego wszyscy zostali wywaleni na bruk; oprócz dozorcy, przeganiającego dzieci i biorącego za swoją pracę nędzne grosze. Z drugiej strony ulicy wyrosła okazała kolegiata, wraz z prywatnym parkingiem, wypasionym mercedesem i wystawną plebanią, przypominającą swoimi rozmiarami pałac. Otoczenie było względnie czyste. Z rzadka we wnękach bram wystawali nałogowi alkoholicy , żłopiący denaturaty i winula. Stosowali się wiernie do słów Himilsbacha, który powiedział kiedyś: "denaturat jest dobry - każdy inny alkohol jest bardzo dobry!". Napoje wyskokowe dawały im jedyną pociechę w ich jakże smętnej egzystencji. Jeden z nich załatwił się za potrzebą przy kamienicznym murze, doskonale wtapiającym się w tutejszy krajobraz. Gdzieś nieopodal narkoman nakłuwał igłą swoją żyłę kolejną dawką toksycznej heroiny, łagodząc swój głód tego specyfiku. Dokonawszy tej operacji zadowolony zgarbił się i ohydnie splunął.
Przy zniszczonych schodach usadowiła się pokaźna grupka, poszukująca mocnych wrażeń, która bawiąc się sprężynowcami niczym stado basiorów oczekiwała pojawienia się ofiary. Nie mogli jednak liczyć na łatwy łup, ponieważ niewielu ludzi przechodziło tędy o tej porze, a przy tym wiedzieli, że śmiałkowie, którzy wyruszają na miasto posiadają czasami niewinny miotacz lub metrowy kij ukryty za pazuchą kurtki; nie mówiąc już o gościach taszczących pod pachami giwery. Do tych nie było co podskakiwać. Pod bramą, w odległości niespełna dwustu metrów patrol policji przeprowadzał rutynową kontrolę, więc cała banda postanowiła na razie profilaktycznie zniknąć - pozostając niezauważona. W pobliskiej pijalni piwa ogorzali mężczyźni po przejściach gawędzili wesoło o nowo powstałej agencji towarzyskiej; zaś na placu młodzieniec z nażelowaną, modną fryzurą pokazywał swojej dziewczynie możliwości kilku setek koni mechanicznych najnowszego nabytku, który należał do jego ojca. Ujeżdżał go tak, jakby ten był jakimś bolidem z transmisji formuły pierwszej. Chłopak był przy tym nieco pijany, toteż uderzył w drogowy znak i uszkodziwszy przód karoserii metalicznego koloru wpadł w lament. Dziewczyna rozczarowana takim obrotem sprawy uciekła z miejsca zdarzenia. Obserwujący zajście piwosze ryknęli na to gromkim śmiechem, chociaż w ich oczach jarzyła się nieskrywana zazdrość. Koło drzwi prowadzących do wnętrza sąsiedniej rudery, zbudowanej ze starych, czerwonych cegieł w secesyjnym stylu, kręciły się dwie urocze panny, wyglądające dość młodo - ale za sprawą odpowiednio dobranych: makijażu i kusego ubranka dosyć dojrzale. Naciągały potencjalnych klientów dowcipnymi i bezpruderyjnymi aluzjami, lecz nie odnosiło to wszystko pożądanego przez nich skutku. Między innymi dlatego zamierzały wyjechać nad granicę, albo na uczęszczaną przez kierowców tranzytową drogę. Wtedy to zawsze zarobiłyby u niektórych Niemców więcej za oddane im usługi, ci z reguły skorzy są do urodziwych, młodych dziewczyn i zawsze sypną markami. Zwłaszcza jak się im jeszcze coś ugotuje w odpowiednio dobranym uniformie! Wreszcie zza rogu wyszedł posiwiały mężczyzna i zaprosił dziewczynę do wynajmowanej przez siebie na pewne okazje kawalerki. Poszła niewiele się namyślając,bo co też innego miała do roboty?
Od strony starówki dobiegała końca manifestacja sympatyków faszyzmu. Część z nich nie miała dobrego dnia i wyszła stamtąd do centrum, aby wyżyć się na przygodnie napotkanych osobach, o innym niż polski wyglądzie. Właśnie kilku poczyniło kroki w ich kierunku - spojrzeli agresywnym i sfrustrowanym drabom w oczy. Była to przysłowiowa iskra do beczki z prochem. Wywiązała się przez to walka, w której użyto wszystkiego, co tylko znajdowało się pod ręką. Kilku napastników już broczyło krwią, inni charczeli. Przerwano to dopiero wtedy, gdy nadjechała prewencja. Wynikiem nagłego starcia była utrata przytomności przez jednego z uczestników; jak również: złamane nosy, naruszone żebra, wstrząs mózgu oraz kałuża krwi wraz z zatopionymi w niej resztkami zębów. Do domów powracali też spóźnieni pseudokibice, odprowadzani tym razem przez liczną rzeszę policjantów. Zachowywali się oni dość przyzwoicie. Może trochę, licząc dwa zdemolowane wagony, zniszczone siedzenia, oparcia i toaletę, a także wystraszonych przez to podróżnych. Należało wykonać im parę ścieżek zdrowia, przez co pseudokibice grozili, że mogą wykonać lekarskie obdukcje. Byli oni i tak już dostatecznie pomęczeni bitwą (ustawką) na wyjeździe, gdzie spuścili perfidny wpierdol swoim odwiecznym przeciwnikom, w ramach jakiejś "świętej wojny" - której to już z kolei? Obowiązkowo mieli jeszcze wymęczone wielogodzinnym zdzieraniem głosu gardła. Z kolei w drugiej części miasta, w tym samym czasie, na przedmieściach wśród samochodów i domków jednorodzinnych, z przepysznymi posesjami włącznie - uwijali się zawzięcie młodzi adepci trudnej sztuki ograbiania ze sprzętu grającego, tudzież innych kosztowności. Należały one do rozmaitych bonzów i prywaciarzy inwestujących we wszystko, a już najbardziej w siebie i zbytki; tylko nie w swoich pracowników. Robota paliła się młodym w rękach ale działali przy tym ostrożnie. W końcu znudziło się im ogołacanie wozów i postanowili przejechać się nagłośnionym w reklamach modelem produkcji japońskiej. Jak się okazało, bardzo zresztą prędkim. Rozbawieni kompani złodziejskiego fachu podążyli swoim mobilem na rozpoczynającą się właśnie dyskotekę, chcąc zaimponować czekającym na wejście do niej panienkom.
W oddali słychać było jakieś stłumione wystrzały. "Pewnie wypróbowują się znowu w swoich porachunkach, jak to gangi - pomyślał pewien przechodzień, lecz nim zdążył obrócić się w kierunku zmierzających ku niemu mężczyzn, usłyszał zgrzyt otwieranego noża i poczuł zimną stal, przykładaną do szyi. Nie mając innego wyboru musiał natychmiast i bez wahania oddać napastnikom skórzaną kurtkę, którą miał na sobie. Na zakończenie całej tej niefortunnej imprezy otrzymał jeszcze zewsząd silnie wymierzone kopniaki w głowę i zrezygnowany oraz otępiały osunął się na bruk z bólu. W bloku rozpościerającym się ponad pechowcem dochodziły go czyjeś histeryczne krzyki. To zapity ojciec bił żonę, a następnie córkę - raz po raz: do nieprzytomności. Na nic zdawały się ich jęki i błagania. Nad ranem lekarz zastanie je obydwie, zasztyletowane przez żyjącego z nim pod jednym dachem sadystę. Potwierdzi ich zgon. Tymczasem pogasły nieliczne już światła - poza tymi nielicznymi, w których ukryte cichodajki wykonywały swe conocne zajęcia - mieszczaństwo pokładło się do snu na dobre. Około brzasku sytuacja uległa normalizacji a nocni zaskrońce poszli spać po libacjach i zaczepianiu o pięć złotych. Wymęczeni swoim nałogiem, zatruci jadem agresji i obrzydzeni sobą samymi.
czwartek, 6 grudnia 2012
Eksperyment literacki. Wprowadzenie w temat.
Nadszedł właściwy moment na podjęcie się ciekawego zadania. Chodzi o porównanie tego; co było, z tym, co jest obecnie. Przypominać to będzie nieco twórcze posunięcie Luca Bessona z jego "Piątym elementem" i scenariuszem przez niego napisanym, na potrzeby tego filmu. Tak samo jest u mnie, z materiałem pisanym w pewnej późnej jesieni/zimy w wieku 17 lat. Wówczas patrzyłem na świat właśnie z takiej perspektywy, którą niniejszym podaję tu czytelnikom. W toku swoich poszukiwań natrafiłem na zapiski w brulionie A 4, gdzie nakreśliłem miejsce akcji, bohaterów, sytuacje, obserwacje wzięte z licealnego życia i oddałem przy tym klimat tamtych czasów. Myślę, że składam hołd tamtym ludziom i temu wszystkiemu, czego byłem świadkiem: aktywnym, współuczestniczącym lub pasywnym. To zawiera się w treści, którą tu umieszczę. Mając przy tym nadzieję, że spodoba się ona młodszym czytelnikom. Może odnajdą w niej samych siebie? Tak jak ja swoją Istotę sprzed lat? Jestem też ciekaw, jaki będzie wynik tego eksperymentu, czy coś się zmieniło w tym zakresie? Czy de facto jest tak samo jak było? Na ile postęp warunkuje nasze życie, zresztą czy on w ogóle tak naprawdę jest? Każdy niech odpowie sobie sam na powyższe pytania, zmierzając do sedna sprawy. Poprzez sięgnięcie do przeszłości widzimy jak ukształtowała się nasza teraźniejszość. Mam takich materiałów więcej zapisanych, jednak zamierzam przedstawić tu te, by pokazać, co nam uciekło i z czym mierzymy się teraz, w porównaniu do tego, co było. Jesteśmy szczęśliwsi? A może jest dokładnie na odwrót? Ówczesna beztroska i wiara w marzenia; jeszcze przed kryzysem i przygniatającą często rzeczywistością dnia codziennego. Ideały, które nam przyświecały, walka z cynizmem - bo też przecież byliśmy pełni werwy. Płonęliśmy, jak bohaterzy Kerouaca. Byliśmy przede wszystkim sobą, pomimo bagażu, którym próbowano nas już wówczas straszyć i obciążać. Co straciliśmy, ile z nas samych w nas pozostało? To niezmiernie ważne dla mnie i jak sądzę, dla wielu młodych ludzi kwestie, jakie zamierzam tu przedstawić. Poruszenie ich wywoła w nas falę nostalgii, bo akcja rozgrywa się w gdzieś w połowie lat 90 XX w. To dla mojego pokolenia okres pełnej wolności, choć komputeryzacja powoli już wkraczała na arenę. A wraz z nią powolna dehumanizacja relacji międzyludzkich. Kiedyś wszystko było jakieś świeże, nowe, gdzie to minęło i kiedy? Ludzie w większym stopniu kontaktowali się ze sobą, społeczeństwo miało bardziej otwarty charakter. Jak jest dziś, to widzimy doskonale. Szarzyzna dobija niegdysiejszych idealistów, nadgryzanych monotonią i rutyną. Nie mają już takiego zapału, a szkoda. Zatracili się w odmętach emigracji, gdzieś na rozdrożu pomiędzy własnymi pragnieniami a meandrami prawdziwego życia. Pogubili się w tym wszystkim, bo nie tego się spodziewali: od państwa, systemu, życia, szkół, prac itd. Wreszcie od społeczności w jakich przyszło im wieść jakże smutną egzystencję.
To powinno się zmienić na lepsze! I dlatego moim zadaniem będzie to również wskrzeszenie atmosfery dawnych czasów i wierne podążanie ich śladem. Jak w młodzieżowych filmach USA pokroju: "Uczniowskiej balangi", "American Graffiti", czy "American Pie". Chodzi o to by tym przesiąknąć na powrót, zachłysnąć się luzem (był nawet taki program w telewizji, który komuś przeszkadzał - gdzie prowadzono otwarte i rzeczowe dyskusje) a także propagować wolność w ujęciu dokonywania właściwych wyborów życiowych - aby być w zgodzie z samym sobą i nigdy nie sprzedać się konsumpcyjnemu trybowi i korporacjonizmom (jeśli w ogóle kogoś jeszcze stać w tych czasach na ostentacyjny konsumpcjonizm). Przede wszystkim najważniejsze jest nie dawać narzucać sobie wszelkich wytycznych ideologicznych, chorych z fantasmagorii dogmatów; będących wyssanymi z palca i tresury edukacyjno - socjalizacyjnej. Ten, kto wie, pozna od razu, że celowo operuję tu półsłówkami. To metoda sprawdzona od lat. Nikt mi niczego nie zarzuci. A i kalambury rozwijają pod wieloma kątami twórczą wyobraźnię. Taki język ezopowy, dostosowany pod wieloma względami do wymogów obecnych czasów. Kreatywność sprzęgnięta z wyobraźnią, jest teraz potrzebna tym, którym wszystko podtyka się pod sam nos a oni sami jeszcze na to bezzasadnie psioczą. My nie mieliśmy tak łatwo. Bardziej musieliśmy przebijać się i walczyć o swoje. Zresztą nadal zapamiętale to robimy. Nikt nie da Ci niczego za darmo, jeśli sam tego nie wydrzesz w odpowiednim miejscu i czasie od świata. Zapamiętaj to sobie!
"Realia" są ucieleśnieniem tego, co wydarzyło się niegdyś, a co żyje w świadomości ich uczestników teraz. Powiedzmy, że jest to powieść nie do końca zmyślona, a jej bohaterowie występują pod pseudonimami. Pewne sprawy są widziane w niej wielostronnie i wieloaspektowo. Jest to utwór można powiedzieć paralelny. Uczynię z niego coś na kształt hipertekstu. Od zawsze pociągały mnie możliwości twórczego eksperymentowania w internecie, ten temat już podejmował chociażby Sławomir Shuty ze swoim "Blokiem". Jest tu więc coś na rzeczy. Obserwacje rozgrywają się (u narratora) przez pryzmat jego młodzieńczego wieku i o tym należy tu pamiętać. Dziś autor jest oczywiście innym, bardziej ukształtowanym człowiekiem, spostrzegającym świat bardziej wielopłaszczyznowo, ale wówczas dawało to wszystko wrażenie innej energii. To jakby pokazać zespół młodzieżowy dający czadu ze swoją żywiołowością, zestawiając go potem z tymi samymi muzykami, którzy już za pewien czas - z dystansu - operują nieco innymi środkami wyrazu, różniącą się od tego co robili poprzednio, formą. Ponadto mają bardziej przemyślane koncepcje i odbierają rzeczywistość w bardziej skomplikowany sposób. Na ile jednak pozostali oni tymi samymi ludźmi? To jest właśnie zajmujące w tej palącej kwestii: co w nas pozostaje, w temacie naszej Istoty? Muzycy uosabiają każdego w akcie twórczym, możesz dowolnie podstawić tu: pisarza, bloggera, didżeja, malarza, poetę, etc. Podmiot twórczy jest tu bez znaczenia, liczy się akt kreacji! Zastosowanie zestawień! Poza tym dawać czadu można tak naprawdę w każdym wieku, ale dodawać do tego właściwej mocy można tylko poprzez wzbogacanie własnych doświadczeń - a przez to swojego warsztatu. Myślę więc, że pomoże to wszystko w wartościowy sposób prześledzić pewne sprawy, tak mi, jak i Wam, Czytelnicy. Zatem wczujcie się w klimat tamtych czasów i w owe zwycięskie dni, gdy wszystko wydawało się prostsze i łatwiejsze. Dążmy do tego aby nadal takie było, teraz i zawsze.
Za niedługo zaczynam ukazywać na blogu treść "Realiów", które napisałem. Nie mam ochoty na trzymanie tego dłużej w szafie i uznałem, że powinna nareszcie ujrzeć światło dzienne, tu akurat w internecie: na blogu. Miała być opublikowana już długo przedtem, jednakże w tak młodym wieku człowiek bardziej szuka swojego miejsca na Ziemi i w konsekwencji jego zainteresowania są przez to również i bardziej rozstrzelone. Tym samym publikacja została przez to wstrzymana, a szkoda. Stąd pragnę do tego powrócić. To jest wykonane też dla Śp. red. Tomasza Agatowskiego, który pomógł mi w tym, bym zaczął wówczas pisać i dążyć wytrwale do tego punktu, w którym teraz jestem. Jako iż jestem zwolennikiem książki z dzieciństwa, którą kiedyś przeczytałem pt. "Kończ coś zaczął" pragnę dokończyć dzieła i rozeznać się w jego odbiorze. Zarówno przed samym sobą, jak i czytelnikami. To oczywiście nie licuje z tym co powiedział były premier o kończeniu, mogę sobie pogratulować, że za to tak długo wytrzymuję. Patrzę na to z innej perspektywy, ale za to tej właściwej, nabrawszy zdrowego dystansu do tego, co z siebie wydałem. Dlatego Panie Agatowski, dziękuję i publikuję to teraz. Szkoda, że wówczas niedostatecznie uwierzyłem w siebie i nie doszło to do skutku. Byłbym przed Dorotą Masłowską z jej pierwszą "powieścią dresiarską". Zrobiłem to wcześniej. Mam z tego nielichą satysfakcję. Jak to słusznie powiedział Nietzsche: "najbardziej wartościowymi pisarzami, są ci, którzy wstydzą się pisać". Koniec cytatu.
To powinno się zmienić na lepsze! I dlatego moim zadaniem będzie to również wskrzeszenie atmosfery dawnych czasów i wierne podążanie ich śladem. Jak w młodzieżowych filmach USA pokroju: "Uczniowskiej balangi", "American Graffiti", czy "American Pie". Chodzi o to by tym przesiąknąć na powrót, zachłysnąć się luzem (był nawet taki program w telewizji, który komuś przeszkadzał - gdzie prowadzono otwarte i rzeczowe dyskusje) a także propagować wolność w ujęciu dokonywania właściwych wyborów życiowych - aby być w zgodzie z samym sobą i nigdy nie sprzedać się konsumpcyjnemu trybowi i korporacjonizmom (jeśli w ogóle kogoś jeszcze stać w tych czasach na ostentacyjny konsumpcjonizm). Przede wszystkim najważniejsze jest nie dawać narzucać sobie wszelkich wytycznych ideologicznych, chorych z fantasmagorii dogmatów; będących wyssanymi z palca i tresury edukacyjno - socjalizacyjnej. Ten, kto wie, pozna od razu, że celowo operuję tu półsłówkami. To metoda sprawdzona od lat. Nikt mi niczego nie zarzuci. A i kalambury rozwijają pod wieloma kątami twórczą wyobraźnię. Taki język ezopowy, dostosowany pod wieloma względami do wymogów obecnych czasów. Kreatywność sprzęgnięta z wyobraźnią, jest teraz potrzebna tym, którym wszystko podtyka się pod sam nos a oni sami jeszcze na to bezzasadnie psioczą. My nie mieliśmy tak łatwo. Bardziej musieliśmy przebijać się i walczyć o swoje. Zresztą nadal zapamiętale to robimy. Nikt nie da Ci niczego za darmo, jeśli sam tego nie wydrzesz w odpowiednim miejscu i czasie od świata. Zapamiętaj to sobie!
"Realia" są ucieleśnieniem tego, co wydarzyło się niegdyś, a co żyje w świadomości ich uczestników teraz. Powiedzmy, że jest to powieść nie do końca zmyślona, a jej bohaterowie występują pod pseudonimami. Pewne sprawy są widziane w niej wielostronnie i wieloaspektowo. Jest to utwór można powiedzieć paralelny. Uczynię z niego coś na kształt hipertekstu. Od zawsze pociągały mnie możliwości twórczego eksperymentowania w internecie, ten temat już podejmował chociażby Sławomir Shuty ze swoim "Blokiem". Jest tu więc coś na rzeczy. Obserwacje rozgrywają się (u narratora) przez pryzmat jego młodzieńczego wieku i o tym należy tu pamiętać. Dziś autor jest oczywiście innym, bardziej ukształtowanym człowiekiem, spostrzegającym świat bardziej wielopłaszczyznowo, ale wówczas dawało to wszystko wrażenie innej energii. To jakby pokazać zespół młodzieżowy dający czadu ze swoją żywiołowością, zestawiając go potem z tymi samymi muzykami, którzy już za pewien czas - z dystansu - operują nieco innymi środkami wyrazu, różniącą się od tego co robili poprzednio, formą. Ponadto mają bardziej przemyślane koncepcje i odbierają rzeczywistość w bardziej skomplikowany sposób. Na ile jednak pozostali oni tymi samymi ludźmi? To jest właśnie zajmujące w tej palącej kwestii: co w nas pozostaje, w temacie naszej Istoty? Muzycy uosabiają każdego w akcie twórczym, możesz dowolnie podstawić tu: pisarza, bloggera, didżeja, malarza, poetę, etc. Podmiot twórczy jest tu bez znaczenia, liczy się akt kreacji! Zastosowanie zestawień! Poza tym dawać czadu można tak naprawdę w każdym wieku, ale dodawać do tego właściwej mocy można tylko poprzez wzbogacanie własnych doświadczeń - a przez to swojego warsztatu. Myślę więc, że pomoże to wszystko w wartościowy sposób prześledzić pewne sprawy, tak mi, jak i Wam, Czytelnicy. Zatem wczujcie się w klimat tamtych czasów i w owe zwycięskie dni, gdy wszystko wydawało się prostsze i łatwiejsze. Dążmy do tego aby nadal takie było, teraz i zawsze.
Za niedługo zaczynam ukazywać na blogu treść "Realiów", które napisałem. Nie mam ochoty na trzymanie tego dłużej w szafie i uznałem, że powinna nareszcie ujrzeć światło dzienne, tu akurat w internecie: na blogu. Miała być opublikowana już długo przedtem, jednakże w tak młodym wieku człowiek bardziej szuka swojego miejsca na Ziemi i w konsekwencji jego zainteresowania są przez to również i bardziej rozstrzelone. Tym samym publikacja została przez to wstrzymana, a szkoda. Stąd pragnę do tego powrócić. To jest wykonane też dla Śp. red. Tomasza Agatowskiego, który pomógł mi w tym, bym zaczął wówczas pisać i dążyć wytrwale do tego punktu, w którym teraz jestem. Jako iż jestem zwolennikiem książki z dzieciństwa, którą kiedyś przeczytałem pt. "Kończ coś zaczął" pragnę dokończyć dzieła i rozeznać się w jego odbiorze. Zarówno przed samym sobą, jak i czytelnikami. To oczywiście nie licuje z tym co powiedział były premier o kończeniu, mogę sobie pogratulować, że za to tak długo wytrzymuję. Patrzę na to z innej perspektywy, ale za to tej właściwej, nabrawszy zdrowego dystansu do tego, co z siebie wydałem. Dlatego Panie Agatowski, dziękuję i publikuję to teraz. Szkoda, że wówczas niedostatecznie uwierzyłem w siebie i nie doszło to do skutku. Byłbym przed Dorotą Masłowską z jej pierwszą "powieścią dresiarską". Zrobiłem to wcześniej. Mam z tego nielichą satysfakcję. Jak to słusznie powiedział Nietzsche: "najbardziej wartościowymi pisarzami, są ci, którzy wstydzą się pisać". Koniec cytatu.
środa, 5 grudnia 2012
Ekologia a wędkarstwo w Polsce: nasz ubożejący rybostan
Od dłuższego już czasu nasila się niepokojące zjawisko – eskalacja kłusownictwa. Działalnością tą zajmują się już całe rodziny, a ,,tradycje” przechodzą z pokolenia na pokolenie. Nikt nie zadaje sobie trudu, by odpowiedzieć na pytanie, czy zasoby naszych wód śródlądowych są odnawialne przy tak nasilonych połowach i w jakim czasie. Nie zauważa się, że już uległy przerażającemu uszczupleniu. Mowa nie tylko o skutkach przemysłowych oraz niewłaściwej gospodarce ściekowej.
Przyczyna tkwi także w kłusownictwie oraz w motywach działań ludzi, którzy się tym zajmują. Żadna z tych osób nie para się ichtiologią. Mają przy tym niską świadomość ekologiczną, na każdorazowe zwrócenie im uwagi wzruszają tylko niedbale ramionami, mówiąc: ,,jakoś to będzie, ryba była u nas zawsze, to i teraz znajdzie się jakoś w rzece, czy w jeziorze. Nie ubędzie jej,po tarle, czy wylewach wód i tak zawsze jej przybywa”. Potem zaś dziwią się, że wszystko już wyłowione, większych sztuk nie ma i w danym zbiorniku wodnym nie kwitnie życie. Wcześniej jednak nikt się tym zbytnio nie przejmował.
Dla porównania: Kanadyjczycy, Szwedzi, Finowie czy Szkoci stosują za przypadki kłusownicze bardzo wysokie grzywny i restrykcje karne, z więzieniem włącznie. Dlatego m.in. wędkarze mogą cieszyć się obfitym połowem i wspaniałymi okazami. Tam dba się o wszystkie aspekty: o rybę, czystość środowiska, biznes, wypoczynek wędkarza, a co za tym idzie – o całą turystyczną gałąź, która jest właśnie na to nastawiona. Kary natomiast boleśnie odczuwają przede wszystkim imigranci z krajów wschodnich i z Chin, zabierający więcej ryby niż wynosi limit połowu.
Na Zachodzie obowiązuje ponadto zasada ,,no kill” . Rybę wypuszcza się po skończonym połowie w dobrej kondycji. U nas, poza nielicznymi wyjątkami, jest dokładnie na odwrót. Oczywiście, iż kraje takie jak Kanada czy Finlandia to państwa bogate, z zamożnymi obywatelami. U nas ryby wciąż jeszcze są uzupełnieniem domowego jadłospisu wielu biedniejszych rodzin, których nie stać na ich zakup w sklepie. W tym przypadku zabieranie złowionych okazów ma jakieś uzasadnienie. Ale zabijanie życia na większą skalę przy użyciu barbarzyńskich metod, które opiszemy poniżej, nie powinno mieć nigdzie miejsca. Tak samo jak wręcz przemysłowy połów. Ponadto wykracza się poza kłusownictwo ,,rodzinne”, w którym zwykle zdobywano niegdyś pożywienie na bieżące potrzeby konsumpcyjne u małej grupy osób. Teraz za to dobitnie przekracza się prawo, organizując masowe wyławianie i prawdziwy ubój ryb na horrendalną i przerażającą swoimi rozmiarami skalę. Całkowicie łamie się przy tym zasady dotyczące okresów ochronnych i okresów odbywania tarła,co prowadzi do poważnych zaburzeń w funkcjonowaniu ekosystemów wodnych. Ludzie, którzy trudnią się tym procederem, usprawiedliwiają się na rozmaite sposoby. Tak naprawdę dążą świadomie do maksymalizacji zysków. Istotny wpływ na rozmiar tych zjawisk ma tutaj sieć dystrybucji ryb,z chłodniami, wędzarniami, restauracjami i zaopatrującymi ich pośrednikami. To wszystko odbija się niekorzystnie na populacji ryb w naszych wodach. I osłabia ich kondycję rozrodczą, gdyż eliminuje poszczególne roczniki ryb (w tym drapieżnych), niezbędnych do efektywnego tarła. Dominują przez to roczniki młode, a matki tarłowe, które są najbardziej płodne, zostały już wykłusowane. W ten oto sposób mamy zaburzenie równowagi – brak ciągłości pokoleniowej u danej populacji.
Słyszy się też o rozlicznych przypadkach przymykania oczu na jawne przypadki kłusownictwa, również w biały dzień. Tłumaczy się to powszechnie ,,niską szkodliwością społeczną czynu”. Powstały gangi wyposażone w drygawice , akumulatory do bicia ryby prądem , kwas borny i inne podejrzane techniki. Pogłowie ryb przez to drastycznie spadło. Do sklepów rybnych dostarczano także ryby pochodzące z wód pozaklasowych. Dokonywano podmiany, a ludzie konsumowali pokarm skażony fenolami i metalami ciężkimi, zupełnie nieświadomi ich występowania.
Dla przykładu pokażemy, co dzieje się na obszarze z niezbyt mocno rozwiniętymi ,,tradycjami kłusowniczymi”. Będzie to zachodnia Polska, rzeka Odra. W miarę możliwości uczęszczam na nią ze spinningiem, obserwując,co się dzieje. To moja ukochana rzeka, na niej zdobywałem wędkarskie szlify, tu też uczyłem się szacunku do przyrody, obserwując dzikie życie. Praca przyrodników i prawdziwych ekologów z organizacji ,,Ratuj Szczupaka” jest bardzo pożyteczna, dają oni z siebie wszystko, by te piękne stworzenia cieszyły nasze oko. To samo dotyczy społeczników i wolontariuszy. Wędkarze na miarę swoich możliwości również chronią ryby – opłacając wysokie składki członkowskie.
Dlaczego więc sytuacja wciąż nie jest zadowalająca? Z prostej przyczyny: ludziom zajmującym się kłusownictwem nie zaproponowano żadnego rozwiązania alternatywnego, przy jednoczesnej wydajnej ochronie wód. Nie podjęto również skutecznych środków zaradczych. Poza tym rozpowszechniły się metody nielegalnego połowu sieciowego, na ,,szarpaka” – często obserwowane było nocne bicie prądem wód przybrzeżnych, przy sitowiach, górkach podwodnych i przy rzecznych główkach na Odrze. Potem zaś na miejscu przestępstwa pozostawały jedynie ślady kół ciągników i skoszone trzciny wraz z wyrwanymi wodnymi roślinami. W wodzie zaś często ginęło wszystko – łącznie z żabami, rakami i drobnicą. Z dala od miast rozciągano drygawice i przeciągano je pomiędzy zatokami, pomagając sobie ciągnikami Zjawisko to nasiliło się w znacznym stopniu wraz z bezkarnością ludzi, którzy się tym trudnili. Działały wyspecjalizowane gangi, które nie bały się niczego i nikogo. Byli dobrze zorganizowani – jedni stali na czatach z lornetkami w rękach, podczas gdy inni aktywnie niszczyli tarliska i wyławiali ryby. Niektórzy w tym temacie byli prawdziwymi ,,specjalistami.”
Przyłapanym kłusownikom groziły najwyżej kolegia. W krajach zachodnich za taki występek stosowano o wiele poważniejsze konsekwencje prawne. Dlaczego nikt nie zmienił do tej pory ustawy dotyczącej konsekwencji prawnych praktykowania kłusownictwa? Czy komuś nie zależy na zmianie takiego stanu rzeczy i zaostrzeniu przepisów? Osoby, którzy kłusują, co jest nierzadko niełatwym zajęciem, mogłyby swoją energię wykorzystać do pożyteczniejszych celów. Dlaczego pośród tylu możliwości pozyskania środków z Unii Europejskiej, nikt dotychczas nie zajął się tym poważnym problemem? Co innego kłusowanie dla przeżycia, to można jeszcze zrozumieć (choć też jest karalne) ale inaczej już jest z kłusownictwem na skalę przemysłową. To pod żadnym pozorem nie może być moralnie usprawiedliwione.
Wreszcie, czemu nie pożytkuje się większych pieniędzy na zarybianie naszych rzek i jezior, by ryby mogły cieszyć w nich nie tylko wędkarzy ale również płetwonurków, rybaków, kuszników, czy ludzi spędzających rekreacyjnie czas nad wodą. Wszędzie na świecie dba się o rybostan, ale nie u nas. Dla gremiów rządzących najważniejsze są jak widać sprawy stadionowe i olimpijskie oraz związane z nimi nadymane ambicje. Tam z kolei najważniejsze są: dobra kondycja przyrody i samopoczucie człowieka, który do niej idzie wypocząć.
Największą grupę kłusowników stanowią często (choć nie generalizuję, że zawsze) ludzie związani z rzekami i jeziorami, ich bezpośredni sąsiedzi, czyli jak ich się nazywa – ,,miejscowi”. Ludzie spoza danego obszaru niechętnie zajmują się czymś takim, co najwyżej uprawiają nielegalny połów przy użyciu wielu wędek żywcowych naraz albo szarpaka. Jest to na pewno mniej szkodliwe niż użycie sieci, prądu, kwasu bornego a także dynamitu (bo i o tym można było usłyszeć – również dosłownie, na własne uszy). Jednak również jest to zjawisko niepożądane i należy je eliminować. Tak samo niepokojące są tzw. odłowy kontrolne,. Ktoś posiadający umocowanie prawne w organizacjach i nieoficjalne błogosławieństwo jakichś instancji – zabiera rybę z jej mateczników, najczęściej wczesną wiosną. Dokonuje tym samym spustoszenia w pogłowiu ryb, zazwyczaj podczas tarła sandacza, szczupaka i okonia. Jest to jawne wykroczenie przeciw prawu wodnemu i regulaminowi wędkarskiemu. Nazwijmy rzecz po imieniu: to również jest kłusownictwo. Ryby te nie trafiały do jezior mazurskich, nie były nigdzie przewożone. Docierały natomiast do sieci dystrybucji lub stawów nowobogackich czy miejscowych kacyków. Taki proceder tłumaczy się tym, iż drapieżnika jest podobno za dużo. Większej bzdury nie słyszeliśmy. Kiedyś też uparcie twierdzono, że okoń jest szkodnikiem, co okazało się nieprawdą. Jest bardzo wartościową rybą, również z gospodarczego punktu widzenia. A może komuś chodzi o to, by ryby drapieżne i okazy trafiały do stawów, a reszcie pozostawić cherlawego leszcza, przeżartego przez ligulozę, czy może skarlałego karasia lub chorej płoci i samych tylko jazgarzy? Co im tam ma nie pasować, niech płacą, za możliwość złowienia tylko takich, jeśli w ogóle jest to możliwe!
Sytuacja jest zatrważająca. I każe wołać nawoływać do określonych działań w kierunku ochrony ryb drapieżnych, których pogłowie drastycznie spadło, wbrew temu, co uparcie twierdzą różni pseudo działacze. Pojęcie o ekologii mają tak naprawdę jedynie ci, którzy obserwują naszą przyrodę na co dzień. Do nich przynależą, poza przyrodnikami i ekologami, również wędkarze.
Objaśnienia:
No kill: Zasada stosowana przez wędkarzy w stosunku do poławianych przez nich ryb. W wolnym tłumaczeniu – „nie zabijaj”, tak jak ,,catch and release” – ,,złów i wypuść”.
Drygawica: Rodzaj sieci, używanej najczęściej w rzekach. Może być spławiana oraz obciążana na duże głębokości. Jest to niebezpieczne narzędzie połowu. U nas pojawiła się w sprzedaży u handlarzy zza wschodniej granicy. Wcześniej używali jej tylko rybacy zawodowi.
"Bicie prądem": Niestety częsty obrazek z naszych wód. Bywały przypadki podłączania do wody kabli ze słupów wysokiego napięcia. Nie trzeba chyba wyjaśniać, iż życie na danym obszarze zamierało, a ryby były już po wszystkim masowo ściągane z powierzchni wody. Pozostałe, a była ich większość, opadały na dno i w muł.
"Szarpak" – bardzo barbarzyńska i brutalna metoda. Ryba jest w niej nadziewana na ostre i rozgałęzione haki, za wszystkie niemal części ciała. Zahacza się ją, przeciągając linkę i szarpiąc często, by poczuć opór. Wtedy najczęściej jest to ryba.
Zasada łowienia na wędki: można łowić co najwyżej na dwie – to jest dozwolone.
Przyczyna tkwi także w kłusownictwie oraz w motywach działań ludzi, którzy się tym zajmują. Żadna z tych osób nie para się ichtiologią. Mają przy tym niską świadomość ekologiczną, na każdorazowe zwrócenie im uwagi wzruszają tylko niedbale ramionami, mówiąc: ,,jakoś to będzie, ryba była u nas zawsze, to i teraz znajdzie się jakoś w rzece, czy w jeziorze. Nie ubędzie jej,po tarle, czy wylewach wód i tak zawsze jej przybywa”. Potem zaś dziwią się, że wszystko już wyłowione, większych sztuk nie ma i w danym zbiorniku wodnym nie kwitnie życie. Wcześniej jednak nikt się tym zbytnio nie przejmował.
Dla porównania: Kanadyjczycy, Szwedzi, Finowie czy Szkoci stosują za przypadki kłusownicze bardzo wysokie grzywny i restrykcje karne, z więzieniem włącznie. Dlatego m.in. wędkarze mogą cieszyć się obfitym połowem i wspaniałymi okazami. Tam dba się o wszystkie aspekty: o rybę, czystość środowiska, biznes, wypoczynek wędkarza, a co za tym idzie – o całą turystyczną gałąź, która jest właśnie na to nastawiona. Kary natomiast boleśnie odczuwają przede wszystkim imigranci z krajów wschodnich i z Chin, zabierający więcej ryby niż wynosi limit połowu.
Na Zachodzie obowiązuje ponadto zasada ,,no kill” . Rybę wypuszcza się po skończonym połowie w dobrej kondycji. U nas, poza nielicznymi wyjątkami, jest dokładnie na odwrót. Oczywiście, iż kraje takie jak Kanada czy Finlandia to państwa bogate, z zamożnymi obywatelami. U nas ryby wciąż jeszcze są uzupełnieniem domowego jadłospisu wielu biedniejszych rodzin, których nie stać na ich zakup w sklepie. W tym przypadku zabieranie złowionych okazów ma jakieś uzasadnienie. Ale zabijanie życia na większą skalę przy użyciu barbarzyńskich metod, które opiszemy poniżej, nie powinno mieć nigdzie miejsca. Tak samo jak wręcz przemysłowy połów. Ponadto wykracza się poza kłusownictwo ,,rodzinne”, w którym zwykle zdobywano niegdyś pożywienie na bieżące potrzeby konsumpcyjne u małej grupy osób. Teraz za to dobitnie przekracza się prawo, organizując masowe wyławianie i prawdziwy ubój ryb na horrendalną i przerażającą swoimi rozmiarami skalę. Całkowicie łamie się przy tym zasady dotyczące okresów ochronnych i okresów odbywania tarła,co prowadzi do poważnych zaburzeń w funkcjonowaniu ekosystemów wodnych. Ludzie, którzy trudnią się tym procederem, usprawiedliwiają się na rozmaite sposoby. Tak naprawdę dążą świadomie do maksymalizacji zysków. Istotny wpływ na rozmiar tych zjawisk ma tutaj sieć dystrybucji ryb,z chłodniami, wędzarniami, restauracjami i zaopatrującymi ich pośrednikami. To wszystko odbija się niekorzystnie na populacji ryb w naszych wodach. I osłabia ich kondycję rozrodczą, gdyż eliminuje poszczególne roczniki ryb (w tym drapieżnych), niezbędnych do efektywnego tarła. Dominują przez to roczniki młode, a matki tarłowe, które są najbardziej płodne, zostały już wykłusowane. W ten oto sposób mamy zaburzenie równowagi – brak ciągłości pokoleniowej u danej populacji.
Słyszy się też o rozlicznych przypadkach przymykania oczu na jawne przypadki kłusownictwa, również w biały dzień. Tłumaczy się to powszechnie ,,niską szkodliwością społeczną czynu”. Powstały gangi wyposażone w drygawice , akumulatory do bicia ryby prądem , kwas borny i inne podejrzane techniki. Pogłowie ryb przez to drastycznie spadło. Do sklepów rybnych dostarczano także ryby pochodzące z wód pozaklasowych. Dokonywano podmiany, a ludzie konsumowali pokarm skażony fenolami i metalami ciężkimi, zupełnie nieświadomi ich występowania.
Dla przykładu pokażemy, co dzieje się na obszarze z niezbyt mocno rozwiniętymi ,,tradycjami kłusowniczymi”. Będzie to zachodnia Polska, rzeka Odra. W miarę możliwości uczęszczam na nią ze spinningiem, obserwując,co się dzieje. To moja ukochana rzeka, na niej zdobywałem wędkarskie szlify, tu też uczyłem się szacunku do przyrody, obserwując dzikie życie. Praca przyrodników i prawdziwych ekologów z organizacji ,,Ratuj Szczupaka” jest bardzo pożyteczna, dają oni z siebie wszystko, by te piękne stworzenia cieszyły nasze oko. To samo dotyczy społeczników i wolontariuszy. Wędkarze na miarę swoich możliwości również chronią ryby – opłacając wysokie składki członkowskie.
Dlaczego więc sytuacja wciąż nie jest zadowalająca? Z prostej przyczyny: ludziom zajmującym się kłusownictwem nie zaproponowano żadnego rozwiązania alternatywnego, przy jednoczesnej wydajnej ochronie wód. Nie podjęto również skutecznych środków zaradczych. Poza tym rozpowszechniły się metody nielegalnego połowu sieciowego, na ,,szarpaka” – często obserwowane było nocne bicie prądem wód przybrzeżnych, przy sitowiach, górkach podwodnych i przy rzecznych główkach na Odrze. Potem zaś na miejscu przestępstwa pozostawały jedynie ślady kół ciągników i skoszone trzciny wraz z wyrwanymi wodnymi roślinami. W wodzie zaś często ginęło wszystko – łącznie z żabami, rakami i drobnicą. Z dala od miast rozciągano drygawice i przeciągano je pomiędzy zatokami, pomagając sobie ciągnikami Zjawisko to nasiliło się w znacznym stopniu wraz z bezkarnością ludzi, którzy się tym trudnili. Działały wyspecjalizowane gangi, które nie bały się niczego i nikogo. Byli dobrze zorganizowani – jedni stali na czatach z lornetkami w rękach, podczas gdy inni aktywnie niszczyli tarliska i wyławiali ryby. Niektórzy w tym temacie byli prawdziwymi ,,specjalistami.”
Przyłapanym kłusownikom groziły najwyżej kolegia. W krajach zachodnich za taki występek stosowano o wiele poważniejsze konsekwencje prawne. Dlaczego nikt nie zmienił do tej pory ustawy dotyczącej konsekwencji prawnych praktykowania kłusownictwa? Czy komuś nie zależy na zmianie takiego stanu rzeczy i zaostrzeniu przepisów? Osoby, którzy kłusują, co jest nierzadko niełatwym zajęciem, mogłyby swoją energię wykorzystać do pożyteczniejszych celów. Dlaczego pośród tylu możliwości pozyskania środków z Unii Europejskiej, nikt dotychczas nie zajął się tym poważnym problemem? Co innego kłusowanie dla przeżycia, to można jeszcze zrozumieć (choć też jest karalne) ale inaczej już jest z kłusownictwem na skalę przemysłową. To pod żadnym pozorem nie może być moralnie usprawiedliwione.
Wreszcie, czemu nie pożytkuje się większych pieniędzy na zarybianie naszych rzek i jezior, by ryby mogły cieszyć w nich nie tylko wędkarzy ale również płetwonurków, rybaków, kuszników, czy ludzi spędzających rekreacyjnie czas nad wodą. Wszędzie na świecie dba się o rybostan, ale nie u nas. Dla gremiów rządzących najważniejsze są jak widać sprawy stadionowe i olimpijskie oraz związane z nimi nadymane ambicje. Tam z kolei najważniejsze są: dobra kondycja przyrody i samopoczucie człowieka, który do niej idzie wypocząć.
Największą grupę kłusowników stanowią często (choć nie generalizuję, że zawsze) ludzie związani z rzekami i jeziorami, ich bezpośredni sąsiedzi, czyli jak ich się nazywa – ,,miejscowi”. Ludzie spoza danego obszaru niechętnie zajmują się czymś takim, co najwyżej uprawiają nielegalny połów przy użyciu wielu wędek żywcowych naraz albo szarpaka. Jest to na pewno mniej szkodliwe niż użycie sieci, prądu, kwasu bornego a także dynamitu (bo i o tym można było usłyszeć – również dosłownie, na własne uszy). Jednak również jest to zjawisko niepożądane i należy je eliminować. Tak samo niepokojące są tzw. odłowy kontrolne,. Ktoś posiadający umocowanie prawne w organizacjach i nieoficjalne błogosławieństwo jakichś instancji – zabiera rybę z jej mateczników, najczęściej wczesną wiosną. Dokonuje tym samym spustoszenia w pogłowiu ryb, zazwyczaj podczas tarła sandacza, szczupaka i okonia. Jest to jawne wykroczenie przeciw prawu wodnemu i regulaminowi wędkarskiemu. Nazwijmy rzecz po imieniu: to również jest kłusownictwo. Ryby te nie trafiały do jezior mazurskich, nie były nigdzie przewożone. Docierały natomiast do sieci dystrybucji lub stawów nowobogackich czy miejscowych kacyków. Taki proceder tłumaczy się tym, iż drapieżnika jest podobno za dużo. Większej bzdury nie słyszeliśmy. Kiedyś też uparcie twierdzono, że okoń jest szkodnikiem, co okazało się nieprawdą. Jest bardzo wartościową rybą, również z gospodarczego punktu widzenia. A może komuś chodzi o to, by ryby drapieżne i okazy trafiały do stawów, a reszcie pozostawić cherlawego leszcza, przeżartego przez ligulozę, czy może skarlałego karasia lub chorej płoci i samych tylko jazgarzy? Co im tam ma nie pasować, niech płacą, za możliwość złowienia tylko takich, jeśli w ogóle jest to możliwe!
Sytuacja jest zatrważająca. I każe wołać nawoływać do określonych działań w kierunku ochrony ryb drapieżnych, których pogłowie drastycznie spadło, wbrew temu, co uparcie twierdzą różni pseudo działacze. Pojęcie o ekologii mają tak naprawdę jedynie ci, którzy obserwują naszą przyrodę na co dzień. Do nich przynależą, poza przyrodnikami i ekologami, również wędkarze.
Objaśnienia:
No kill: Zasada stosowana przez wędkarzy w stosunku do poławianych przez nich ryb. W wolnym tłumaczeniu – „nie zabijaj”, tak jak ,,catch and release” – ,,złów i wypuść”.
Drygawica: Rodzaj sieci, używanej najczęściej w rzekach. Może być spławiana oraz obciążana na duże głębokości. Jest to niebezpieczne narzędzie połowu. U nas pojawiła się w sprzedaży u handlarzy zza wschodniej granicy. Wcześniej używali jej tylko rybacy zawodowi.
"Bicie prądem": Niestety częsty obrazek z naszych wód. Bywały przypadki podłączania do wody kabli ze słupów wysokiego napięcia. Nie trzeba chyba wyjaśniać, iż życie na danym obszarze zamierało, a ryby były już po wszystkim masowo ściągane z powierzchni wody. Pozostałe, a była ich większość, opadały na dno i w muł.
"Szarpak" – bardzo barbarzyńska i brutalna metoda. Ryba jest w niej nadziewana na ostre i rozgałęzione haki, za wszystkie niemal części ciała. Zahacza się ją, przeciągając linkę i szarpiąc często, by poczuć opór. Wtedy najczęściej jest to ryba.
Zasada łowienia na wędki: można łowić co najwyżej na dwie – to jest dozwolone.
wtorek, 4 grudnia 2012
Nyrolsk - reportaż z ciężkiego miasta
Czy widzieliście kiedyś „Stalkera” reżysera - wizjonera Andrieja Tarkowskiego? Bohater jest przewodnikiem oprowadzającym po Zonie. Bynajmniej nie w znaczeniu turystycznym. Zaczyna się od ujęć przedstawiających potężny kombinat przemysłowy wraz z wątpliwymi efektami jego działalności. Trujące kałuże bulgoczą a stalker kroczy obok nich w poszukiwaniu lepszego świata. Gdzieś w oddali słychać kolejowy sygnał, to pociąg przejeżdża obok dymiącego zakładu. Tory i huta. Pociągi z urobkiem zmierzające do paszczy ziejącego ogniem smoka. Alchemia nakierowana na przetworzenie surowca w oddzielny, bo doskonalszy byt. Inna faktura materiału, po prawdziwej metalurgicznej mordędze: świadomych działaniach i zamierzonych cierpieniach. Przetopiona i zahartowana parującym kotle, chłodzonym biczem wody, tak jak ja – dotychczasowym losem. Nietzsche, który też z pochodzenia był Polakiem, powiedział mądrze: „co nie zabije, to wzmocni”. Nie marzę, dobrze wiedząc, że czas wyznacza rytm zmian. Przystosowujemy się do nich na miarę naszych możliwości. Działam, bo interesuje mnie finalny rezultat przeobrażenia mojej aktywności. Jak mawiał Jack Kerouac: „kiedyś wszystko znajdzie swoją formę”. Przemieni się przy wysiłku jak rozgrzany koncentrat w szlachetny stop metalu.
Zona: opuszczona nadzieja
Wybrałem się niedawno na przechadzkę po przemysłowym przedmieściu, która przypominała spacer po Prypeci. Mała dygresja, wynikająca z mojego toku myślenia: Tarkowski i Bracia Strugaccy przewidzieli, co nastąpi w Czarnobylu. Przestrzegali przed tym: jeden w swoim filmie, drudzy w książce „Piknik na skraju drogi”. Wyraźnie ostrzegli przed ludzką pychą. Można też rzec, że przepowiedzieli Fukuszimę, ale nie ma co wybiegać już tak daleko. Ważne, że mam tu swoją prywatną zonę, obejmującą zasięgiem lata przeszłe, teraźniejsze i przyszłe. Czuję się nieraz jak taki stalker obejmujący Tajemnicę Bytu; do której tylu już zmierzało, ale jej nie zdołali osiągnąć. Należał do nich Witkacy, choć jemu współcześni brali go za wariata. Zupełnie bezpodstawnie: lepiej być jak jurodiwyj więcej odczuwający i doświadczający, niż jak mędrzec skupiający się na samym intelekcie i w dodatku nie wychodzący z domu. Taki to już zupełnie nic nie wie. Przepuszczam więc swoje dotychczasowe doświadczenia niczym nowoczesny filtr nałożony na dym przeszłości, który ściele się dziś sennie do ziemi. I wtedy i dziś doświadczałem stanu pobudzenia, spowodowanego moim natężonym skupieniem własnego „ja”, skupiającego w sobie rezultaty ówczesnych przeżyć. Strumień świadomości, o którym pisali Bergsson i tylu pisarzy przetoczył się przeze mnie. Oniryczne kształty zbliżyły się do mnie a wizja nasiliła się. Nie wstrzymywałem jej tego wieczoru. Obrazy przepływają na tyle swobodnie, że z powodzeniem potrafię odtworzyć ubiegłe lata i obecne. A także przeczuć nadchodzące. To wszystko w jednym czasie, niczym szaman Anjelito, opisywany w Rio Anakonda Cejrowskiego. Z tą różnicą, że nie żyję w Amazonii, tylko na obszarze zanieczyszczonym cywilizacją. Bowiem corocznie jako dzieci otrzymywaliśmy swoją porcję ołowiu i kadmu; tyle,że wokół panowała zmowa milczenia. Nie prowadzono w ogóle jakichkolwiek badań. Jeszcze dziś nasuwa się mi ciekawa impresja: jedziemy w okolice huty, jest piękny i słoneczny dzień: drzewa nie chcą rosnąć a roślinność wydaje się być przepalona. Dużo ludzi choruje, nie wiadomo na co. Lekarze bezradnie wzruszają ramionami. W końcu zapada decyzja: wysiedlić mieszkańców wegetujących obok zakładu. Rośnie tym samym pustynna strefa. Zona rozszerza się na wiele opuszczanych wsi, ludzie otrzymują możliwość zamieszkania w blokach. Korzystają z tego skwapliwie, a migracja stwarza napięcia, pomiędzy nowo przybyłymi a miejscowymi. Na balkonach obserwuje się cepeliadę, niektórzy trzymają gołębie, jak Balcerek z Alternatyw 4. Tu i ówdzie słyszy się o problemach z oddychaniem, zespole „czerwonego gardła”, chorobach tarczycy i ołowicy. Był niegdyś „Człowiek z marmuru”, czy z żelaza. Teraz jest za to „Człowiek z ołowiu”. Inne jednostki chorobowe też znajdują się w medycznym spisie. Z tym, że nigdy oficjalnie go nie pokażą. Za to po cichu wysyła się dzieci na zielone szkoły i półkolonie, choć powinno się finansować odniesione zdrowotne straty w kontekście postawienia obok nas kombinatu. Wyziewy zostają po jakimś czasie spacyfikowane przez technologię, założoną w toku dostosowawczych procesów transformacji ustrojowej: tego bezwzględnie wymagano. Skala zanieczyszczeń przestała przypominać jeszcze tą, sprzed drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Wszystko się unormowało – jakim jednak kosztem? Nikt nie zapłacił do tej pory za nadszarpnięte zdrowie mieszkańców. Wysłano następujący komunikat do ludzi: „cieszcie się, że dajemy wam pracę i że nie snujecie się jak inni w naszym kraju”. A, że zakład podzielono przy okazji na jak to się mówi: spółki, spółeczki, to już o tym nikt nie powiedział. I do zwolnienia poszły tysiące ludzi, pozostali zaś przestali się cieszyć takimi przywilejami jak dawniej. Nawet Dzień Hutnika, niegdyś obchodzony z prawdziwą pompą przestał być organizowany w formie festynu, jak to kiedyś było. Tym samym nadzieje ludzi na lepsze jutro zostały podważone z dwóch względów: pierwszy – to utrata zdrowia, które jest przecież najważniejsze; drugie – skończyła się praca i finanse nierozerwalnie z nią związane. Ponadto ołowica podniosła poziom agresji, co jest widoczne na rozlicznych przykładach z bloków. Cwaniactwo i chamstwo zaczęły wieść prym. Kroniki kryminalne odnotowują przykre zdarzenia, na które wpływ mają właśnie wskaźniki zawartości metali ciężkich w młodych organizmach. Przy tym zrobiono nieoficjalne badania na poziom ołowiu we krwi, ale potem skrzętnie schowano wyniki w archiwach. Autor miał okazje je czytać. Nie wygląda to najlepiej. Jeszcze teraz widać skutki podtruwania. Mamy tu więc taką ulepszoną wersję Prypeci albo stalkerowskich klimatów: jak kto woli. Jak więc w tych warunkach da się zbudować społeczeństwo oparte na wzajemnym zaufaniu, które jest cennym kapitałem wnoszonym do współpracy? O tym przecież tyle się mówi w kołach rządowych; u nas jest to naprawdę trudne.
Doświadczanie wizji i twórcza praca
Dym z kominów rozwiewał się od wschodniego kierunku, rozpościerając coś na kształt wzorzystej zorzy; jego wyziewy przedstawiły mi aspekty wydarzeń, jakie się rozegrały dawniej, z całą wyrazistością ich przebiegu. Trochę, jak Sydney Polak, który zrobił wiwisekcję swojego życia, dokumentując je za pomocą piosenki. Przekaz ze świetlistych lat młodości. Zrobię to jednak inaczej, posługując się inną formą niczym narzędziem przekazu. Odwołam się do obrazów, jakie mi się nasuwają na pierwszą myśl,zgodnie z sesją spontanicznej prozy. Trochę jak z realizmu magicznego, przyprawiam po południowoamerykańsku. Tak jak lubię najbardziej. Zawsze w ten sposób umiejętnie odgradzałem się od wpływów rzeczywistości. Tam są ukryte moje marzenia, w wewnętrznym świecie. Nikt mi tego nie zabierze. Widziadła przesuwają się jedno za drugim. Odtwarzam je zatem, w czym pomaga mi moja pamięć i sprzyjają temu okoliczności. Za oknem wieje huragan, przywołując na tą myśl zmiany, które stały się moim udziałem i w konsekwencji ukształtowały mnie na takiego człowieka, jakim teraz jestem. Dały mi tak potrzebne korzenie. Mam zrozumieć siebie i właściwie użyć swój potencjał do misji na Ziemi.
Nadrzeczne krzewy rozpościerają się wkoło mnie, sięgając aż po zenit. Wygląda to jak sawanna. Przychodzę nad skocznię, która własnoręcznie wybudowaliśmy przed laty. Dziś już niewiele zostało z fantastyczności tego miejsca. Widzę, jak jeziorko naruszył ząb czasu, wypłaciło się, a kiedyś miało z dziewięć metrów głębokości. Teraz rzeka na skutek którejś powodzi przyspieszyła proces zarastania, wszystko się wypłyciło. Nie ma tej głębi co kiedyś: wcześniej nigdy nie mogliśmy dobić dna. Dziś można to zrobić nadspodziewanie szybko, zatapiając się w bagnisty muł. I nie wiadomo, czy się z tego w ogóle można będzie wygrzebać. Jezioro ma zgniły zapach i szarobury kolor. Kiedyś miało krystaliczną wodę, jednak wszystko ulega zmianom. Nie ma ani tych ludzi, ani zapachu takiego lata; brak też roześmianych twarzy. Wcześniej, jako dzieci bawiliśmy się tam na całego nie oszczędzając siebie i rozkoszując się wspaniałym latem. Do tej pory dolatuje mnie echo beztroskiego śmiechu oraz plusku wody. Ona oczyszcza z osadu niepamięci i trosk. Pozwala sięgnąć głębiej w swoje lustro. W nim widzę siebie,z obecnych lat. W oddali, tak jak kiedyś dymią hutnicze kominy; a mostem przejeżdża pociąg towarowy. Kiedyś machaliśmy do niego i nam zawsze odtrąbił. Teraz już nie macham, brak już tej frajdy, co kiedyś, poza tym brak mi towarzyszy z dziecinnych lat. Dorosłem i nadal wierzę w swoje marzenia, że je wygram. Nie tak jak inni, których znam. Ciągle pragnę być na powrót dzieckiem,ale z ta wiedzą, którą już zdobyłem. Myślę, że się mi to udaje. Przecież jestem Dzieckiem Boga.
Inspiracje
W trakcie przemian dostrzegłem, że nie jest tu łatwo, ciągle trzeba o wszystko walczyć. Znajomości, układy, klany rodzinne, które zdołały się tu odpowiednio wcześniej zawiązać i dziś blokują dostęp do wielu zajęć. Obstawiając je swoimi ludźmi, mniej czy bardziej spokrewnionymi. Inni lokują swoje żony i kochanki. Miasto jest obstawione, dla moich przyjaciół nie było w nim miejsca. Zmuszeni są do wyjazdu, nic im nie zaoferowano, pomimo ich wytężonej pracy oraz nadziei związanej z pragnieniem lepszego życia tu, na miejscu. W miarę postępującego kryzysu, gdyby tak użyć języka marksistowskiego zaostrza się walka. Z tym, że już nie klas – bo te zlikwidowano. Było to pewnym gremiom na rękę: nie mieć etosu robotniczego i rozbić jedność pracujących wspólnie ludzi. Stąd nastąpiło „uspółkowienie” oraz podziały społeczne, mające za cel skłócenie ze sobą ludzi. Według zasady Machiavellego: „dziel i rządź”. Dopóki ludzie są ze sobą skłóceni, nie są niebezpieczni. Widać to dobrze w Nyrolsku, kiedyś tego nie było. Co się stało z moim miastem, gdzie robi się wszystko do podsycania dalszych antagonizmów, a walki polityczne przybierają na sile? Gdzieś zapodziały się całkiem ideały solidarnościowe, teraz każdy rwie kęs jedynie dla siebie. Tylko, czy o to nam naprawdę chodziło? Moi znajomi zmuszeni są sprzedać się, jak to mówił w którymś wywiadzie jeden aktor,który zaczął występować w reklamach, by mieć z czego żyć: „skurw się za grosze!” Przychodzę złożyć aplikacje już niejeden raz, a tu dowiaduję się, że należy się udać do Pana X z Partii Y, bo to on rozdaje karty w mieście. Na zwykłe stanowisko referenta. Poza tym słyszy się, jak robią castingi na co się tylko da. Celuje w tym zwłaszcza jeden Pan dyrektor z ośrodka, który zatrudnia długonogie panny, póki mu się ostatecznie nie znudzą. I wtedy ogłasza następny nabór. Jeśli chodzi o ekonomię, to przypomina to ziemię obiecaną; nie dla wszystkich. Poza tym pracować w dziurze po ciężkich znajomościach, to dla mnie śmierć ambicji i rozstrzelanie marzeń. Stąd nie podzielam takiej postawy, jak ci, którzy ślinią się na samą tylko wieść o możliwości uzyskania etatu na kopalni. Dlatego robię to, co tamci uważają za mrzonkę albo rodzaj intelektualnego onanizmu w nierzeczywistej, zamglonej perspektywie: piszę. Wbrew wszystkiemu i wszystkim. Dla siebie. W tych właśnie warunkach. I to są marzenia, których przenigdy nie oddam, za jakąkolwiek nierealną obietnicę. Nauczyłem się je rozróżniać, jak to się u nas mówi: „obiecać to nie grzech”. Uodporniłem się na takie powiedzonka, pracując jak self-made-man, na swój upragniony sukces. Odkąd sięgnę pamięcią na wszystko musiałem sobie zapracować, nie jestem bananowcem. Jak to kiedyś uświadomił mi Norman Mailer, jeden z moich ulubionych pisarzy i dziennikarzy: „interesuje mnie supremacja”. W dziedzinie, która kocham. Jestem na tym etapie. Szukam swojego miejsca na ziemi, jednocześnie dobrze wiedząc, że już go znajduję.
Skąd startuję i dokąd idę
Wywodzę się ze środowiska robotniczego, tego, które faktycznie obaliło komunę. Nie zrobił tego pojedynczy człowiek, lecz cała masa ludzi – zupełnie nie tak, jak się to teraz usiłuje przedstawiać. Wałęsa był tylko wyrazicielem, symbolem i nikim więcej.
Dorastam, a na horyzoncie przybywa za każdym razem coraz to więcej budynków. Nyrolsk wydaje się nam miastem być marzeń: nowoczesnym i przestronnym, budowanym na wzór ośrodków wielkopolskich. Tworzyli go zresztą ci sami architekci. Można powiedzieć, że praktycznie od podstaw. Wcześniej był zniszczony po wojnie w przytłaczających krajobraz procentach. Mój przyjaciel, który jest okultystą, mówi,że to dobrze, bo przynajmniej całkiem oddaliły się demony przeszłości. Wcześniej czaiły się w starych murach i załomach. Przepędziła je nieodpowiednia dla nich atmosfera.
Dzieciństwo już przeminęło. Wcześniej byłem odbierany jako odmieniec, obecnie postrzegają mnie w formie oryginała. Właśnie w miejscu zwanym Polską, Nyrolsk stanowi w odniesieniu do kraju ludzki konglomerat o składzie reprezentującym cały kraj. Marzymy w nim nieraz o wielkości, jaką kiedyś osiągniemy – dziwnie spokojni o nasz byt. Przeczuwamy perturbacje, związane ze wstrząsem, którego mamy być świadkami. Wielu z nas już teraz widziało fałsz i utopię całego cyrku i pustego ceremoniału. Świat stał się przez to nudny. Zjawiska społeczne doprowadziły już wielu do wykolejenia. Zniweczyło to ich osobiste nadzieje, a wiele marzeń zostało pogrzebanych bezpowrotnie. Wkrótce zobaczyłem, jak w codziennej walce o byt grzebią po śmietnikach, albo zapijają się na śmierć.
Dziś wiem, że najcenniejsze są ludzkie doświadczenia, wiedza wynikająca z bycia, pasja oraz aktywność. Jestem świadomym kontestatorem zastanej rzeczywistości. Uwielbiam stany oderwania się od niej, lotu w nieznane. Mogą mnie nazwać mutantem, dziwakiem. Nie dbam o to. Ważne jest to, co przekazują i wytyczają moje marzenia. Przy starcie, który na samym wejściu w dorosłe życie był dla mnie walką. Za swoje marzenia każdego dnia oddaję rezultaty swoich zdolności, jakimi zostałem obdarzony. W celu samorealizacji. Do tego warto zmierzać i oddać to, co najcenniejsze: swój czas. By potem nie żałować i śmiało rzucić: BYŁO WARTO!!!
P. S. Nyrolsk oznacza połączenie znaczeń: przemysłowy Norylsk i "nyrol" - wyraz z Wlkp.: ktoś ograniczony, tępy, zdziadziały. Gra słów.
Zona: opuszczona nadzieja
Wybrałem się niedawno na przechadzkę po przemysłowym przedmieściu, która przypominała spacer po Prypeci. Mała dygresja, wynikająca z mojego toku myślenia: Tarkowski i Bracia Strugaccy przewidzieli, co nastąpi w Czarnobylu. Przestrzegali przed tym: jeden w swoim filmie, drudzy w książce „Piknik na skraju drogi”. Wyraźnie ostrzegli przed ludzką pychą. Można też rzec, że przepowiedzieli Fukuszimę, ale nie ma co wybiegać już tak daleko. Ważne, że mam tu swoją prywatną zonę, obejmującą zasięgiem lata przeszłe, teraźniejsze i przyszłe. Czuję się nieraz jak taki stalker obejmujący Tajemnicę Bytu; do której tylu już zmierzało, ale jej nie zdołali osiągnąć. Należał do nich Witkacy, choć jemu współcześni brali go za wariata. Zupełnie bezpodstawnie: lepiej być jak jurodiwyj więcej odczuwający i doświadczający, niż jak mędrzec skupiający się na samym intelekcie i w dodatku nie wychodzący z domu. Taki to już zupełnie nic nie wie. Przepuszczam więc swoje dotychczasowe doświadczenia niczym nowoczesny filtr nałożony na dym przeszłości, który ściele się dziś sennie do ziemi. I wtedy i dziś doświadczałem stanu pobudzenia, spowodowanego moim natężonym skupieniem własnego „ja”, skupiającego w sobie rezultaty ówczesnych przeżyć. Strumień świadomości, o którym pisali Bergsson i tylu pisarzy przetoczył się przeze mnie. Oniryczne kształty zbliżyły się do mnie a wizja nasiliła się. Nie wstrzymywałem jej tego wieczoru. Obrazy przepływają na tyle swobodnie, że z powodzeniem potrafię odtworzyć ubiegłe lata i obecne. A także przeczuć nadchodzące. To wszystko w jednym czasie, niczym szaman Anjelito, opisywany w Rio Anakonda Cejrowskiego. Z tą różnicą, że nie żyję w Amazonii, tylko na obszarze zanieczyszczonym cywilizacją. Bowiem corocznie jako dzieci otrzymywaliśmy swoją porcję ołowiu i kadmu; tyle,że wokół panowała zmowa milczenia. Nie prowadzono w ogóle jakichkolwiek badań. Jeszcze dziś nasuwa się mi ciekawa impresja: jedziemy w okolice huty, jest piękny i słoneczny dzień: drzewa nie chcą rosnąć a roślinność wydaje się być przepalona. Dużo ludzi choruje, nie wiadomo na co. Lekarze bezradnie wzruszają ramionami. W końcu zapada decyzja: wysiedlić mieszkańców wegetujących obok zakładu. Rośnie tym samym pustynna strefa. Zona rozszerza się na wiele opuszczanych wsi, ludzie otrzymują możliwość zamieszkania w blokach. Korzystają z tego skwapliwie, a migracja stwarza napięcia, pomiędzy nowo przybyłymi a miejscowymi. Na balkonach obserwuje się cepeliadę, niektórzy trzymają gołębie, jak Balcerek z Alternatyw 4. Tu i ówdzie słyszy się o problemach z oddychaniem, zespole „czerwonego gardła”, chorobach tarczycy i ołowicy. Był niegdyś „Człowiek z marmuru”, czy z żelaza. Teraz jest za to „Człowiek z ołowiu”. Inne jednostki chorobowe też znajdują się w medycznym spisie. Z tym, że nigdy oficjalnie go nie pokażą. Za to po cichu wysyła się dzieci na zielone szkoły i półkolonie, choć powinno się finansować odniesione zdrowotne straty w kontekście postawienia obok nas kombinatu. Wyziewy zostają po jakimś czasie spacyfikowane przez technologię, założoną w toku dostosowawczych procesów transformacji ustrojowej: tego bezwzględnie wymagano. Skala zanieczyszczeń przestała przypominać jeszcze tą, sprzed drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Wszystko się unormowało – jakim jednak kosztem? Nikt nie zapłacił do tej pory za nadszarpnięte zdrowie mieszkańców. Wysłano następujący komunikat do ludzi: „cieszcie się, że dajemy wam pracę i że nie snujecie się jak inni w naszym kraju”. A, że zakład podzielono przy okazji na jak to się mówi: spółki, spółeczki, to już o tym nikt nie powiedział. I do zwolnienia poszły tysiące ludzi, pozostali zaś przestali się cieszyć takimi przywilejami jak dawniej. Nawet Dzień Hutnika, niegdyś obchodzony z prawdziwą pompą przestał być organizowany w formie festynu, jak to kiedyś było. Tym samym nadzieje ludzi na lepsze jutro zostały podważone z dwóch względów: pierwszy – to utrata zdrowia, które jest przecież najważniejsze; drugie – skończyła się praca i finanse nierozerwalnie z nią związane. Ponadto ołowica podniosła poziom agresji, co jest widoczne na rozlicznych przykładach z bloków. Cwaniactwo i chamstwo zaczęły wieść prym. Kroniki kryminalne odnotowują przykre zdarzenia, na które wpływ mają właśnie wskaźniki zawartości metali ciężkich w młodych organizmach. Przy tym zrobiono nieoficjalne badania na poziom ołowiu we krwi, ale potem skrzętnie schowano wyniki w archiwach. Autor miał okazje je czytać. Nie wygląda to najlepiej. Jeszcze teraz widać skutki podtruwania. Mamy tu więc taką ulepszoną wersję Prypeci albo stalkerowskich klimatów: jak kto woli. Jak więc w tych warunkach da się zbudować społeczeństwo oparte na wzajemnym zaufaniu, które jest cennym kapitałem wnoszonym do współpracy? O tym przecież tyle się mówi w kołach rządowych; u nas jest to naprawdę trudne.
Doświadczanie wizji i twórcza praca
Dym z kominów rozwiewał się od wschodniego kierunku, rozpościerając coś na kształt wzorzystej zorzy; jego wyziewy przedstawiły mi aspekty wydarzeń, jakie się rozegrały dawniej, z całą wyrazistością ich przebiegu. Trochę, jak Sydney Polak, który zrobił wiwisekcję swojego życia, dokumentując je za pomocą piosenki. Przekaz ze świetlistych lat młodości. Zrobię to jednak inaczej, posługując się inną formą niczym narzędziem przekazu. Odwołam się do obrazów, jakie mi się nasuwają na pierwszą myśl,zgodnie z sesją spontanicznej prozy. Trochę jak z realizmu magicznego, przyprawiam po południowoamerykańsku. Tak jak lubię najbardziej. Zawsze w ten sposób umiejętnie odgradzałem się od wpływów rzeczywistości. Tam są ukryte moje marzenia, w wewnętrznym świecie. Nikt mi tego nie zabierze. Widziadła przesuwają się jedno za drugim. Odtwarzam je zatem, w czym pomaga mi moja pamięć i sprzyjają temu okoliczności. Za oknem wieje huragan, przywołując na tą myśl zmiany, które stały się moim udziałem i w konsekwencji ukształtowały mnie na takiego człowieka, jakim teraz jestem. Dały mi tak potrzebne korzenie. Mam zrozumieć siebie i właściwie użyć swój potencjał do misji na Ziemi.
Nadrzeczne krzewy rozpościerają się wkoło mnie, sięgając aż po zenit. Wygląda to jak sawanna. Przychodzę nad skocznię, która własnoręcznie wybudowaliśmy przed laty. Dziś już niewiele zostało z fantastyczności tego miejsca. Widzę, jak jeziorko naruszył ząb czasu, wypłaciło się, a kiedyś miało z dziewięć metrów głębokości. Teraz rzeka na skutek którejś powodzi przyspieszyła proces zarastania, wszystko się wypłyciło. Nie ma tej głębi co kiedyś: wcześniej nigdy nie mogliśmy dobić dna. Dziś można to zrobić nadspodziewanie szybko, zatapiając się w bagnisty muł. I nie wiadomo, czy się z tego w ogóle można będzie wygrzebać. Jezioro ma zgniły zapach i szarobury kolor. Kiedyś miało krystaliczną wodę, jednak wszystko ulega zmianom. Nie ma ani tych ludzi, ani zapachu takiego lata; brak też roześmianych twarzy. Wcześniej, jako dzieci bawiliśmy się tam na całego nie oszczędzając siebie i rozkoszując się wspaniałym latem. Do tej pory dolatuje mnie echo beztroskiego śmiechu oraz plusku wody. Ona oczyszcza z osadu niepamięci i trosk. Pozwala sięgnąć głębiej w swoje lustro. W nim widzę siebie,z obecnych lat. W oddali, tak jak kiedyś dymią hutnicze kominy; a mostem przejeżdża pociąg towarowy. Kiedyś machaliśmy do niego i nam zawsze odtrąbił. Teraz już nie macham, brak już tej frajdy, co kiedyś, poza tym brak mi towarzyszy z dziecinnych lat. Dorosłem i nadal wierzę w swoje marzenia, że je wygram. Nie tak jak inni, których znam. Ciągle pragnę być na powrót dzieckiem,ale z ta wiedzą, którą już zdobyłem. Myślę, że się mi to udaje. Przecież jestem Dzieckiem Boga.
Inspiracje
W trakcie przemian dostrzegłem, że nie jest tu łatwo, ciągle trzeba o wszystko walczyć. Znajomości, układy, klany rodzinne, które zdołały się tu odpowiednio wcześniej zawiązać i dziś blokują dostęp do wielu zajęć. Obstawiając je swoimi ludźmi, mniej czy bardziej spokrewnionymi. Inni lokują swoje żony i kochanki. Miasto jest obstawione, dla moich przyjaciół nie było w nim miejsca. Zmuszeni są do wyjazdu, nic im nie zaoferowano, pomimo ich wytężonej pracy oraz nadziei związanej z pragnieniem lepszego życia tu, na miejscu. W miarę postępującego kryzysu, gdyby tak użyć języka marksistowskiego zaostrza się walka. Z tym, że już nie klas – bo te zlikwidowano. Było to pewnym gremiom na rękę: nie mieć etosu robotniczego i rozbić jedność pracujących wspólnie ludzi. Stąd nastąpiło „uspółkowienie” oraz podziały społeczne, mające za cel skłócenie ze sobą ludzi. Według zasady Machiavellego: „dziel i rządź”. Dopóki ludzie są ze sobą skłóceni, nie są niebezpieczni. Widać to dobrze w Nyrolsku, kiedyś tego nie było. Co się stało z moim miastem, gdzie robi się wszystko do podsycania dalszych antagonizmów, a walki polityczne przybierają na sile? Gdzieś zapodziały się całkiem ideały solidarnościowe, teraz każdy rwie kęs jedynie dla siebie. Tylko, czy o to nam naprawdę chodziło? Moi znajomi zmuszeni są sprzedać się, jak to mówił w którymś wywiadzie jeden aktor,który zaczął występować w reklamach, by mieć z czego żyć: „skurw się za grosze!” Przychodzę złożyć aplikacje już niejeden raz, a tu dowiaduję się, że należy się udać do Pana X z Partii Y, bo to on rozdaje karty w mieście. Na zwykłe stanowisko referenta. Poza tym słyszy się, jak robią castingi na co się tylko da. Celuje w tym zwłaszcza jeden Pan dyrektor z ośrodka, który zatrudnia długonogie panny, póki mu się ostatecznie nie znudzą. I wtedy ogłasza następny nabór. Jeśli chodzi o ekonomię, to przypomina to ziemię obiecaną; nie dla wszystkich. Poza tym pracować w dziurze po ciężkich znajomościach, to dla mnie śmierć ambicji i rozstrzelanie marzeń. Stąd nie podzielam takiej postawy, jak ci, którzy ślinią się na samą tylko wieść o możliwości uzyskania etatu na kopalni. Dlatego robię to, co tamci uważają za mrzonkę albo rodzaj intelektualnego onanizmu w nierzeczywistej, zamglonej perspektywie: piszę. Wbrew wszystkiemu i wszystkim. Dla siebie. W tych właśnie warunkach. I to są marzenia, których przenigdy nie oddam, za jakąkolwiek nierealną obietnicę. Nauczyłem się je rozróżniać, jak to się u nas mówi: „obiecać to nie grzech”. Uodporniłem się na takie powiedzonka, pracując jak self-made-man, na swój upragniony sukces. Odkąd sięgnę pamięcią na wszystko musiałem sobie zapracować, nie jestem bananowcem. Jak to kiedyś uświadomił mi Norman Mailer, jeden z moich ulubionych pisarzy i dziennikarzy: „interesuje mnie supremacja”. W dziedzinie, która kocham. Jestem na tym etapie. Szukam swojego miejsca na ziemi, jednocześnie dobrze wiedząc, że już go znajduję.
Skąd startuję i dokąd idę
Wywodzę się ze środowiska robotniczego, tego, które faktycznie obaliło komunę. Nie zrobił tego pojedynczy człowiek, lecz cała masa ludzi – zupełnie nie tak, jak się to teraz usiłuje przedstawiać. Wałęsa był tylko wyrazicielem, symbolem i nikim więcej.
Dorastam, a na horyzoncie przybywa za każdym razem coraz to więcej budynków. Nyrolsk wydaje się nam miastem być marzeń: nowoczesnym i przestronnym, budowanym na wzór ośrodków wielkopolskich. Tworzyli go zresztą ci sami architekci. Można powiedzieć, że praktycznie od podstaw. Wcześniej był zniszczony po wojnie w przytłaczających krajobraz procentach. Mój przyjaciel, który jest okultystą, mówi,że to dobrze, bo przynajmniej całkiem oddaliły się demony przeszłości. Wcześniej czaiły się w starych murach i załomach. Przepędziła je nieodpowiednia dla nich atmosfera.
Dzieciństwo już przeminęło. Wcześniej byłem odbierany jako odmieniec, obecnie postrzegają mnie w formie oryginała. Właśnie w miejscu zwanym Polską, Nyrolsk stanowi w odniesieniu do kraju ludzki konglomerat o składzie reprezentującym cały kraj. Marzymy w nim nieraz o wielkości, jaką kiedyś osiągniemy – dziwnie spokojni o nasz byt. Przeczuwamy perturbacje, związane ze wstrząsem, którego mamy być świadkami. Wielu z nas już teraz widziało fałsz i utopię całego cyrku i pustego ceremoniału. Świat stał się przez to nudny. Zjawiska społeczne doprowadziły już wielu do wykolejenia. Zniweczyło to ich osobiste nadzieje, a wiele marzeń zostało pogrzebanych bezpowrotnie. Wkrótce zobaczyłem, jak w codziennej walce o byt grzebią po śmietnikach, albo zapijają się na śmierć.
Dziś wiem, że najcenniejsze są ludzkie doświadczenia, wiedza wynikająca z bycia, pasja oraz aktywność. Jestem świadomym kontestatorem zastanej rzeczywistości. Uwielbiam stany oderwania się od niej, lotu w nieznane. Mogą mnie nazwać mutantem, dziwakiem. Nie dbam o to. Ważne jest to, co przekazują i wytyczają moje marzenia. Przy starcie, który na samym wejściu w dorosłe życie był dla mnie walką. Za swoje marzenia każdego dnia oddaję rezultaty swoich zdolności, jakimi zostałem obdarzony. W celu samorealizacji. Do tego warto zmierzać i oddać to, co najcenniejsze: swój czas. By potem nie żałować i śmiało rzucić: BYŁO WARTO!!!
P. S. Nyrolsk oznacza połączenie znaczeń: przemysłowy Norylsk i "nyrol" - wyraz z Wlkp.: ktoś ograniczony, tępy, zdziadziały. Gra słów.
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Znaki
W życiu, w przyrodzie, podczas naszych codziennych zajęć i wyborów, za sprawą pojmowania intuicyjno – kognitywnego, towarzyszą nam odczucia, wskazówki, pewność i tajemniczość chwili. Manifestują się na poziomie oznaczeń; w różnych sytuacjach, zdarzeniach, a także za pomocą ludzkich postaw. Są one dla nas możliwością i jednocześnie alternatywą, wyznaczającym kierunki dla naszego postępowania. Stanowią drogowskaz, który wyraźnie informuje nas o obranej przez wolę drodze – wszystko jest wówczas czytelne i przejrzyste. Po uprzednim upewnieniu się, co do słuszności tego, co wybraliśmy, idziemy zgodnie z intuicyjnym wyborem. Już filozof, pochodzący z naszego obszaru Henri Bergson, który wywodził się z polskich Żydów, postawił wyżej intuicyjność i strumień świadomości, ponad kartezjańskim racjonalizmem. Był najbliżej całkowitej Prawdy, jak wykazały doświadczenia. W fizyce podważono już bowiem „żelazne zasady” jak: mechanika newtonowska, zasady termodynamiki i występowania ciągłości czasu oraz materii. Przedefiniowano wiele wcześniejszych, naukowych założeń. Naukowcy tak naprawdę nadal nic nie wiedzą, o esencji materii, o skali ludzkiego ducha, a także na temat fundamentalnego pytania: skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy? Istnieją jedynie mało wartościowe hipotezy, które to nie dają nam zadowolenia. Jak zatem mamy postępować, czym się kierować w życiu, co będzie w zgodzie z nami? Don Juan de Matus, bohater książek Carlosa Castanedy i autentyczna postać wskazuje: „Wędruję tylko po ścieżkach, które mogą mieć serce, przemierzać je to jedyne wyzwanie warte podjęcia. Oto którędy wędruję i patrzę, patrzę z zapartym tchem”. Przede wszystkim wskazuje się tu na Drogę Serca, a nie Rozumu, jest to poniekąd bliskie wizji naszych romantyków, romantyków czasów Słowackiego, Mickiewicza; a także Norwida, czy Polaka z pochodzenia Josepha Conrada (Józefa Korzeniowskiego). Tam świat też był tajemniczym miejscem, gdzie zachodziły niewytłumaczalne na zwykły, ludzki rozum procesy i wokół panowała atmosfera magii oraz niepoznawalności. Czy byli oni przez to bliżej prawdy? Zapewne tak, ponieważ normalny i tym samym nudny racjonalizm nie daje nam odpowiedzi na szereg nurtujących nas pytań, jest jedynie ersatzem, śmieszną namiastką wyprowadzania skutków z przyczyn. A do totalnej definicji tych drugich, już nie stosuje odpowiednich uzasadnień, opierając się tylko na naprędce skonstruowanych i wciąż zmieniających się paradygmatach. Prawdziwym i najpełniejszym wyrazem naszych dążeń do celu, siły woli i natężenia przeczuć, które stoją wyżej nad jak to mówi mój dobry znajomy – „tanim chińskim rozumem”, pozostaje więc Stan Ducha. Zauważyli to już Hegel i Nietzsche, w dobie braku pokory i buńczuczności belle epoque sprzeciwiając się tym tyranii logiki i matematycznych aksjomatów, czy kompletnej systematyki pojęć. Wówczas przypominało to skatalogowanie wszystkiego, co się dało, na zbiory i podzbiory, obowiązywał język logiki, która miała obejmować swoim zasięgiem dosłownie wszystko, co tylko objąć się dało. Aby to ukazać można cofnąć się chociażby do kolonialnych ideologii brytyjskiego „jingoizmu” (czyli rzekomego prymatu kultury brytyjskiej, nad innymi)i europocentryzmu. Wszystkie one brały swój początek właśnie z logiki – skoro zatem, jak myślano – biały człowiek zdominował obce kraje i ich cywilizacje, wnoszono, wg pojęć naukowych, iż promuje najlepszą na świecie cywilizację białego człowieka. Koniec wywodu. Jak bardzo było to mylne myślenie, pokazało samo życie i rozpad wcześniejszych imperiów kolonialnych. II wojna światowa dokonała ostatecznego rozrachunku z tą ideą, a na fali wątpliwości ukazał się wkrótce egzystencjalizm Sartre’a. Nietzsche wspólnie z Kierkegaardem byli poniekąd jego prekursorami. Tyle, że w tym systemie obowiązywały: bezwład, hedonizm i niepewność jutra. A także akcentowanie systemu moralnego w człowieku i jego osamotnienia wobec Losu, czy Boga, w istnienie sił nadprzyrodzonych nie wierzono. Liczyło się dla nich tu i teraz. W tej zasadzie – promowania teraźniejszości, porównać ich można do buddystów oraz do praktyków szamanizmu Castanedy. Dla myślowych systemów europejskich: zarówno logicznych, scholastycznych, socjalistycznych, marksowskich, liberalnych, konserwatywnych, neoplatońskich etc. jest jedna wspólna cecha i zarazem wyraźna słabość: brak pogodzenia ze sobą sprzeczności i obsesyjne stawianie na związki przyczynowo – skutkowe. Uporczywe akcentowanie indukcjonizmu, dedukcji, determinizmu, biologizmu lub redukcjonizmu. Inaczej wygląda to na Wschodzie, tam sprzeczności dają się ze sobą pogodzić, jak również mamy więcej do czynienia z zasadą Złotego Środka. Na Zachodzie to nie występuje: przesunięto akcenty na krańcowo logiczne i autonomiczne względem siebie, nie komplementarne. Poza tym nie widać koherentności, panuje kompletne zamieszanie, powstałe w wyniku zbytniego podziału na dziedziny i specjalizacje. Hermeneutyka Diltheya, czyli nauka o życiowym zastosowaniu nauk humanistycznych w praktyce, promowana w burzliwym przełomie lat 60/70 XX wieku, nie ma jak dotąd zastosowania. Brakuje nadal połączenia nauk, systemów, praktyk, filozofii czy religii w spójny system, uzasadniający bieg wydarzeń w świecie i pozwalający na skuteczną w nim orientację człowieka. Mogący wpłynąć na wydatne polepszenie jego ludzkiej kondycji i uspokojenie lęku egzystencjalnego, na zasadzie odpowiedzi na pytania, co potem? Wciąż jeszcze niczego takiego nie uzyskaliśmy, nadal na to czekamy. Ale widzimy jednocześnie bezsensowne wydatki na potężne budowle rozszczepiające elektrony i spore nakłady na nauki inżynieryjno – techniczno – matematyczne, w tym fizykę i kosmonautykę, które nie dają wyczerpujących odpowiedzi, nie wnoszą nic wartościowego do naszego życia oraz zostały stworzone tylko i wyłącznie dla czyjejś próżności. Bo wyrosła w ten sposób dobrze opłacana klasa naukowców, korzystająca z dobrodziejstw ekonomicznego rozwoju, która odseparowała się od zwykłego życia, ludzkich problemów i zadawania problematycznych pytań – w swojej istocie konserwatywna, podcinająca skrzydła ludziom, będącym rzekomo bez kwalifikacji. Tym, którzy pozostają bez widocznego mecenatu ze strony środowisk, mogących ich poprzeć, a jednak tego nie czyniących tego. Alternatywne i nie linearne myślenie już teraz zostało przez nich okrzyknięte za wywrotowe, widokiem na to, było chociażby odebranie praw do doktoratu wspomnianemu już Carlosowi Castanedzie. Środowiska naukowe stały się przez to hermetyczne; podobnie zresztą jak korporacje, przyjmujące na zasadzie protekcji. Humanizm, jako szansa na zespolenie nauk i powołanie nowego, jest rugowany na rzecz nauk ścisłych. Inżynieria, czyli sucha logika pozbawiona tajemniczych pierwiastków tryumfuje, jak nowy pozytywizm. Materia i organiczność znów są na pierwszym rzucie. Nie porusza się już tematów na to, co niepewne i stwarzające trudności, za to dobudowuje się teoretyczne przybudówki do już istniejących teorii, kasując za to spore wynagrodzenia. Nauka przestała służyć człowiekowi,za to umożliwia start w wyścigu o stołki i wspiera dalszą komercjalizację rynku. Przykładami na taki stan rzeczy są: „badania naukowe” wspierające marketing i uzasadniające, czy też ustanawiające nowe trendy w konsumpcji. Strategie jak „product placement”, manipulacje socjologiczne i psychologiczne, stosowane na klientach, w służbie wielkich koncernów, które opłacają „zespoły badawcze”, złożone właśnie z wielu kupionych naukowców. Zjawisko drenażu mózgów.
Wszystko to stało się w wysokim stopniu obłudne i zarezerwowane dla różnej maści klakierów. Myślący inaczej, co nie znaczy, że gorzej, cofnęli się do rezerwatu niezależnego undergroundu, który to będzie mieć kiedyś największą siłę przebicia, zgodnie z przesłaniem Ery Wodnika. W jej zakres wchodzą takie zjawiska i synonimy jak: niezależne media, zwiększająca swój udział ludzka świadomość i autonomiczny przekaz informacji: You tube, Twitter, Facebook, portale społecznościowe, blogi, niezależne wytwórnie filmowe etc. Wszyscy ci, którzy postępują inaczej niż koncerny, kierując się radosną twórczością,a nie jedynie niepohamowaną żądzą zysku, zabijającą po drodze marzenia.
Każdy z nas ma wolny wybór, po której stronie zechce się opowiedzieć, wszystko to od nas zależy. Przedstawię swoją myśl dobitniej słowami Castanedy, który znakomicie przytacza te zjawiska we wstępie do swojej książki pt. „Aktywna strona nieskończoności”:
Język
Człowiek wnikliwie wpatrywał się w swoje równania
i rzekł, że wszechświat miał swój początek.
– To była eksplozja – rzekł.
Wybuch nad wybuchami – i tak oto narodził się wszechświat.
– I ciągle się rozszerza – rzekł.
Obliczył nawet długość jego żywota:
dziesięć miliardów obrotów Ziemi dokoła Słońca.
Na całym globie zagrzmiały wiwaty;
wszyscy dostrzegli w obliczeniach naukę.
Nikt nie pomyślał, że postulując początek wszechświata,
człowiek odwzorował jedynie składnię swojego języka;
zwykłą składnię, której dla stwierdzania faktów potrzeba
początków – jak narodziny, rozwinięć – jak dorastanie,
i zakończeń – jak śmierć.
Wszechświat miał swój początek
i wszechświat się starzeje, zapewnił nas,
i wszechświat umrze, tak jak wszystko,
i jak on sam umarł, gdy już znalazł matematyczny obraz
składni swojego języka.
Inny język
Czy wszechświat naprawdę miał początek?
Czy teoria Wielkiego Wybuchu jest prawdziwa?
To nie są pytania, chociaż brzmią podobnie.
Czy język, w którym stwierdzanie faktów wymaga początków,
rozwinięć i zakończeń, jest jedynym istniejącym językiem?
Oto prawdziwe pytanie.
Istnieją inne języki.
Istnieje na przykład taki, który postuluje, by faktami były
różne stopnie natężenia.
W tym języku nic się nie rozpoczyna i nic nie kończy;
i tak narodziny nie są wyraźnym, osobnym wydarzeniem,
lecz jedynie szczególnym rodzajem natężenia;
i tak też jest z dorastaniem i tak jest ze śmiercią.
W tym języku człowiek wodzi wzrokiem po swoich równaniach
i odkrywa,
że wyliczył już tyle stopni natężenia, by z przekonaniem
stwierdzić,
iż wszechświat nigdy nie miał początku
i nigdy nie będzie miał końca,
przechodził za to, i przechodzi nadal, i będzie przechodził
przez nie kończące się fale natężenia.
Człowiek taki nie zawahałby się orzec, że cały wszechświat
jest jednym wielkim rydwanem natężenia,
w który można wsiąść
i ruszyć w podróż pośród zmian bez końca.
Oprócz tego wysnułby wiele innych wniosków,
a być może nawet by mu przez myśl nie przemknęło,
że obrazuje jedynie
składnię swojego języka.
Co zatem nam pozostaje? Czy mamy kierować się jedynie swoim logicznym rozumowaniem i niczym więcej? Pozostawiać swoją Intuicję w tyle na rzecz rozumu? Kierować się naszymi wątpliwościami oraz słabościami, które towarzyszą nam każdego dnia, zgodnie z wytycznymi egzystencjalizmu? A może konsumować na pokaz i być hedonistami na potęgę, gardząc daną mam rzeczywistością w ucieczce w wirtualne światy – wcielając się w różne role i bawiąc się nimi, jak pokazuje nam postmodernizm. Wszystkie te możliwości są z gruntu rzeczy skazane na porażkę, każda z nich jest drogą donikąd. Nie zapewniają nam spokoju ducha ani też nie pozostają w zgodzie z naszą naturą, jak by to powiedziano na Wschodzie. Nie są odpowiednie dla elementarnych potrzeb człowieka, bo są jedynie wytworem jego umysłu, a jak wiadomo ów organ bywa zawodny. Podobnie jak nasze zmysły. W tym celu wystarczy zastanowić się chociażby nad obrazem, który nam przekazują nasze oczy: jest on odwrócony, dopiero mózg odczytuje informację, przerzucając to co widzimy, już w optymalnej pozycji. Umysł też może być łatwo oszukany, potwierdzają to doświadczenia z psychologii społecznej Philippa Zimbardo, deprywacja sensoryczna, stosowanie sugestii, czy hipnozy. Normalny i zwyczajny stan świadomości, jaki obowiązuje dla naszego umysłu, to stan alfa. W nim nie jesteśmy nadzwyczajnie twórczy ani też rewelacyjnie kreatywni,nie osiągamy też wówczas wyżyn swoich umiejętności, mogących w nas występować, za sprawą tkwiącego w nas potencjału. Wyższymi i odmiennymi stanami świadomości są fale: beta, gamma i theta. To one odpowiadają za Intuicję i myślenie symboliczno – mistyczne, metaforyzm i wybitne osiągi, jakie biorą swój początek z wyobraźni. Ważna, choć niedoceniona jest tu także rola snu. Ów głęboki stan uśpienia i pełnej relaksacji jest dla nas szczególny. Kreatywność z nim sprzęgnięta; podobnie jak wola, będąca impulsem wyprowadzonym właśnie z intuicjonizmu, decydują o skuteczności naszych zamierzeń – nie zaś sucha logika, która jest tylko beznadziejnym odwzorowaniem składni i tak niedoskonałego ludzkiego języka. Już Akiro Kurosawa słusznie zauważył, że „Człowiek śniący jest geniuszem”. Ponadto Tesla i Edison opracowywali swoje wynalazki po długim i regenerującym śnie, w którym śniły się im ich poszczególne elementy, Robert Louis Stevenson, autor literatury przygodowej śnił kolejne podrozdziały, tak powstała „Wyspa skarbów”. Einstein dochodził skomplikowanych wzorów fizycznych i matematycznych, nierzadko po 14 godzinnym wypoczynku.
Nasza inteligencja i zdolności są więc wysoce nieskończone. Bazują one nie tylko na inteligencji lingwistycznej: także Chomsky, lingwista i etnolog, zdawał sobie również sprawę z niedoskonałości ludzkiego języka, pomimo licznych osiągnięć w dziedzinie, którą się zajmował. Ogółem rodzajów inteligencji mamy o wiele więcej, aniżeli tylko ta wymieniona. Człowiek jest Istotą magiczną i niezbadaną, jeśli nie rozumuje w logicznym wydaniu, ma w sobie pokorę i hart ducha. Człowiek mądry, nie znaczy inteligentny – to pojęcie ogranicza się często do żonglerki pojęciami, czy w zastosowaniu praktycznym swoich pomysłów. Mądrość to coś o wiele więcej, to wartość nie do zdefiniowania – prawdziwy kapitał, który rośnie w nas samych, za sprawą naszych doświadczeń i sztuki wyciągania właściwych wniosków z tego, co nas wokół spotyka. To najprawdziwsza homeostaza i autentyczny złoty środek, będący w nas samych, oraz niewzruszoność na zmieniające się, czy nawet niekorzystne dla nas tendencje. Każdy po trochę miał racji w tym względzie: stoicy, manicheiści, gnostycy, racjonaliści – ale wszyscy oni skupiali się tylko na wycinku przymiotów człowieka,na fragmencie jego kondycji. Mieli racje, ale tylko w małej części. Nie było natomiast pełnego uniwersum makrokosmosu, bo istota ludzka jest wiernym odzwierciedleniem kosmicznych sił, na zasadzie równowagi, na co wskazywano już w renesansie. Co sprawia, że współczesny człowiek gubi się w gąszczu pojęć, w zalewie informacyjnego szumu i w pędzie obecnego, przyspieszonego zresztą życia? Religia przestaje mu już pomagać stając się zinstytucjonalizowaną fasadą publicznego życia, a wszechobecny rynek sprawia, że wszystko staje się już marką, którą można kupić bądź też sprzedać – nawet swoje „ja”. Zasady zaś nie licują ze stanem faktycznym, jaki obserwuje każdy refleksyjny człowiek, cóż ktoś taki może uczynić, w tym nieprawdopodobnym zamęcie, jaki mamy?
Każdy z nas dobrze wie, że pewne wydarzenia nie są przypadkowe, że mają one konkretne odzwierciedlenie w naszych późniejszych działaniach, czy przy wyborze odniesień. Tak samo, jak podczas jazdy na drodze, obowiązują nas znaki drogowe - tak też w codziennym życiu napotykamy na sprawy, miejsca, czy osoby, które nas dotyczą. To już wtedy od nas zależy, czy to jesteśmy w stanie dostrzec, czy też nie. Znaki, czyli zdarzenia, będące niekiedy kamieniami milowymi w naszym życiu, zsyłane nam na potwierdzenie słuszności czy też nie, obranej drogi stają się synonimami tego,co tajemnicze i przez to pociągające. Wymykają się spod kontroli woli czy rozumu,są jednocześnie autonomiczne i autarkiczne, w pełni niezależne od nas samych. Naukowcy w swoim błędnym kodzie odczytaliby to na sucho jako: zmienną niezależną, co jest kompletną bzdurą i nieporozumieniem. Znaki wymykają się im po prostu spod kontroli ich nazewnictwa, słabej składni, o której napisał Castaneda. Za co też właśnie odebrali mu niesprawiedliwie naukowy tytuł. Znaki informują nas o konieczności podjęcia ważnych decyzji, w obliczu nieznanego. Przyszłości nikt z nas w pełni nie przewidzi, do lamusa możemy odstawić brednie futurologów, używających właśnie „taniego, chińskiego rozumu”. Za to możemy postrzegać coś na zupełnie innych i przez to wartościowszych poziomach intuicyjnych oraz kognitywnych, zgodnie z zasadą synchronii. Po to mamy dane przeczucia, na nich powinniśmy się częściej opierać. I tak jak moja koleżanka z lat studiów mogę z powodzeniem powiedzieć wam: „Czytajcie znaki – fakty, zdarzenia, ludzi, miejsca, sprawy, emocje, natężenia, informacje – jednym słowem wszystko, co was otacza; wnikliwie, acz bez pośpiechu, refleksyjnie z właściwym wyczuciem odpowiedniej chwili”. Będziecie wtedy poinformowani o wszystkim, co dostrzegacie w najlepszy sposób z możliwych. Bez oszukaństwa ze strony umysłu, sterowanego wszystkim tym, co kiedyś wam wmówiono w procesach: edukacji i socjalizacji. Połączycie się z całym potencjałem. I to jest w tym wszystkim najważniejsze!
Wszystko to stało się w wysokim stopniu obłudne i zarezerwowane dla różnej maści klakierów. Myślący inaczej, co nie znaczy, że gorzej, cofnęli się do rezerwatu niezależnego undergroundu, który to będzie mieć kiedyś największą siłę przebicia, zgodnie z przesłaniem Ery Wodnika. W jej zakres wchodzą takie zjawiska i synonimy jak: niezależne media, zwiększająca swój udział ludzka świadomość i autonomiczny przekaz informacji: You tube, Twitter, Facebook, portale społecznościowe, blogi, niezależne wytwórnie filmowe etc. Wszyscy ci, którzy postępują inaczej niż koncerny, kierując się radosną twórczością,a nie jedynie niepohamowaną żądzą zysku, zabijającą po drodze marzenia.
Każdy z nas ma wolny wybór, po której stronie zechce się opowiedzieć, wszystko to od nas zależy. Przedstawię swoją myśl dobitniej słowami Castanedy, który znakomicie przytacza te zjawiska we wstępie do swojej książki pt. „Aktywna strona nieskończoności”:
Język
Człowiek wnikliwie wpatrywał się w swoje równania
i rzekł, że wszechświat miał swój początek.
– To była eksplozja – rzekł.
Wybuch nad wybuchami – i tak oto narodził się wszechświat.
– I ciągle się rozszerza – rzekł.
Obliczył nawet długość jego żywota:
dziesięć miliardów obrotów Ziemi dokoła Słońca.
Na całym globie zagrzmiały wiwaty;
wszyscy dostrzegli w obliczeniach naukę.
Nikt nie pomyślał, że postulując początek wszechświata,
człowiek odwzorował jedynie składnię swojego języka;
zwykłą składnię, której dla stwierdzania faktów potrzeba
początków – jak narodziny, rozwinięć – jak dorastanie,
i zakończeń – jak śmierć.
Wszechświat miał swój początek
i wszechświat się starzeje, zapewnił nas,
i wszechświat umrze, tak jak wszystko,
i jak on sam umarł, gdy już znalazł matematyczny obraz
składni swojego języka.
Inny język
Czy wszechświat naprawdę miał początek?
Czy teoria Wielkiego Wybuchu jest prawdziwa?
To nie są pytania, chociaż brzmią podobnie.
Czy język, w którym stwierdzanie faktów wymaga początków,
rozwinięć i zakończeń, jest jedynym istniejącym językiem?
Oto prawdziwe pytanie.
Istnieją inne języki.
Istnieje na przykład taki, który postuluje, by faktami były
różne stopnie natężenia.
W tym języku nic się nie rozpoczyna i nic nie kończy;
i tak narodziny nie są wyraźnym, osobnym wydarzeniem,
lecz jedynie szczególnym rodzajem natężenia;
i tak też jest z dorastaniem i tak jest ze śmiercią.
W tym języku człowiek wodzi wzrokiem po swoich równaniach
i odkrywa,
że wyliczył już tyle stopni natężenia, by z przekonaniem
stwierdzić,
iż wszechświat nigdy nie miał początku
i nigdy nie będzie miał końca,
przechodził za to, i przechodzi nadal, i będzie przechodził
przez nie kończące się fale natężenia.
Człowiek taki nie zawahałby się orzec, że cały wszechświat
jest jednym wielkim rydwanem natężenia,
w który można wsiąść
i ruszyć w podróż pośród zmian bez końca.
Oprócz tego wysnułby wiele innych wniosków,
a być może nawet by mu przez myśl nie przemknęło,
że obrazuje jedynie
składnię swojego języka.
Co zatem nam pozostaje? Czy mamy kierować się jedynie swoim logicznym rozumowaniem i niczym więcej? Pozostawiać swoją Intuicję w tyle na rzecz rozumu? Kierować się naszymi wątpliwościami oraz słabościami, które towarzyszą nam każdego dnia, zgodnie z wytycznymi egzystencjalizmu? A może konsumować na pokaz i być hedonistami na potęgę, gardząc daną mam rzeczywistością w ucieczce w wirtualne światy – wcielając się w różne role i bawiąc się nimi, jak pokazuje nam postmodernizm. Wszystkie te możliwości są z gruntu rzeczy skazane na porażkę, każda z nich jest drogą donikąd. Nie zapewniają nam spokoju ducha ani też nie pozostają w zgodzie z naszą naturą, jak by to powiedziano na Wschodzie. Nie są odpowiednie dla elementarnych potrzeb człowieka, bo są jedynie wytworem jego umysłu, a jak wiadomo ów organ bywa zawodny. Podobnie jak nasze zmysły. W tym celu wystarczy zastanowić się chociażby nad obrazem, który nam przekazują nasze oczy: jest on odwrócony, dopiero mózg odczytuje informację, przerzucając to co widzimy, już w optymalnej pozycji. Umysł też może być łatwo oszukany, potwierdzają to doświadczenia z psychologii społecznej Philippa Zimbardo, deprywacja sensoryczna, stosowanie sugestii, czy hipnozy. Normalny i zwyczajny stan świadomości, jaki obowiązuje dla naszego umysłu, to stan alfa. W nim nie jesteśmy nadzwyczajnie twórczy ani też rewelacyjnie kreatywni,nie osiągamy też wówczas wyżyn swoich umiejętności, mogących w nas występować, za sprawą tkwiącego w nas potencjału. Wyższymi i odmiennymi stanami świadomości są fale: beta, gamma i theta. To one odpowiadają za Intuicję i myślenie symboliczno – mistyczne, metaforyzm i wybitne osiągi, jakie biorą swój początek z wyobraźni. Ważna, choć niedoceniona jest tu także rola snu. Ów głęboki stan uśpienia i pełnej relaksacji jest dla nas szczególny. Kreatywność z nim sprzęgnięta; podobnie jak wola, będąca impulsem wyprowadzonym właśnie z intuicjonizmu, decydują o skuteczności naszych zamierzeń – nie zaś sucha logika, która jest tylko beznadziejnym odwzorowaniem składni i tak niedoskonałego ludzkiego języka. Już Akiro Kurosawa słusznie zauważył, że „Człowiek śniący jest geniuszem”. Ponadto Tesla i Edison opracowywali swoje wynalazki po długim i regenerującym śnie, w którym śniły się im ich poszczególne elementy, Robert Louis Stevenson, autor literatury przygodowej śnił kolejne podrozdziały, tak powstała „Wyspa skarbów”. Einstein dochodził skomplikowanych wzorów fizycznych i matematycznych, nierzadko po 14 godzinnym wypoczynku.
Nasza inteligencja i zdolności są więc wysoce nieskończone. Bazują one nie tylko na inteligencji lingwistycznej: także Chomsky, lingwista i etnolog, zdawał sobie również sprawę z niedoskonałości ludzkiego języka, pomimo licznych osiągnięć w dziedzinie, którą się zajmował. Ogółem rodzajów inteligencji mamy o wiele więcej, aniżeli tylko ta wymieniona. Człowiek jest Istotą magiczną i niezbadaną, jeśli nie rozumuje w logicznym wydaniu, ma w sobie pokorę i hart ducha. Człowiek mądry, nie znaczy inteligentny – to pojęcie ogranicza się często do żonglerki pojęciami, czy w zastosowaniu praktycznym swoich pomysłów. Mądrość to coś o wiele więcej, to wartość nie do zdefiniowania – prawdziwy kapitał, który rośnie w nas samych, za sprawą naszych doświadczeń i sztuki wyciągania właściwych wniosków z tego, co nas wokół spotyka. To najprawdziwsza homeostaza i autentyczny złoty środek, będący w nas samych, oraz niewzruszoność na zmieniające się, czy nawet niekorzystne dla nas tendencje. Każdy po trochę miał racji w tym względzie: stoicy, manicheiści, gnostycy, racjonaliści – ale wszyscy oni skupiali się tylko na wycinku przymiotów człowieka,na fragmencie jego kondycji. Mieli racje, ale tylko w małej części. Nie było natomiast pełnego uniwersum makrokosmosu, bo istota ludzka jest wiernym odzwierciedleniem kosmicznych sił, na zasadzie równowagi, na co wskazywano już w renesansie. Co sprawia, że współczesny człowiek gubi się w gąszczu pojęć, w zalewie informacyjnego szumu i w pędzie obecnego, przyspieszonego zresztą życia? Religia przestaje mu już pomagać stając się zinstytucjonalizowaną fasadą publicznego życia, a wszechobecny rynek sprawia, że wszystko staje się już marką, którą można kupić bądź też sprzedać – nawet swoje „ja”. Zasady zaś nie licują ze stanem faktycznym, jaki obserwuje każdy refleksyjny człowiek, cóż ktoś taki może uczynić, w tym nieprawdopodobnym zamęcie, jaki mamy?
Każdy z nas dobrze wie, że pewne wydarzenia nie są przypadkowe, że mają one konkretne odzwierciedlenie w naszych późniejszych działaniach, czy przy wyborze odniesień. Tak samo, jak podczas jazdy na drodze, obowiązują nas znaki drogowe - tak też w codziennym życiu napotykamy na sprawy, miejsca, czy osoby, które nas dotyczą. To już wtedy od nas zależy, czy to jesteśmy w stanie dostrzec, czy też nie. Znaki, czyli zdarzenia, będące niekiedy kamieniami milowymi w naszym życiu, zsyłane nam na potwierdzenie słuszności czy też nie, obranej drogi stają się synonimami tego,co tajemnicze i przez to pociągające. Wymykają się spod kontroli woli czy rozumu,są jednocześnie autonomiczne i autarkiczne, w pełni niezależne od nas samych. Naukowcy w swoim błędnym kodzie odczytaliby to na sucho jako: zmienną niezależną, co jest kompletną bzdurą i nieporozumieniem. Znaki wymykają się im po prostu spod kontroli ich nazewnictwa, słabej składni, o której napisał Castaneda. Za co też właśnie odebrali mu niesprawiedliwie naukowy tytuł. Znaki informują nas o konieczności podjęcia ważnych decyzji, w obliczu nieznanego. Przyszłości nikt z nas w pełni nie przewidzi, do lamusa możemy odstawić brednie futurologów, używających właśnie „taniego, chińskiego rozumu”. Za to możemy postrzegać coś na zupełnie innych i przez to wartościowszych poziomach intuicyjnych oraz kognitywnych, zgodnie z zasadą synchronii. Po to mamy dane przeczucia, na nich powinniśmy się częściej opierać. I tak jak moja koleżanka z lat studiów mogę z powodzeniem powiedzieć wam: „Czytajcie znaki – fakty, zdarzenia, ludzi, miejsca, sprawy, emocje, natężenia, informacje – jednym słowem wszystko, co was otacza; wnikliwie, acz bez pośpiechu, refleksyjnie z właściwym wyczuciem odpowiedniej chwili”. Będziecie wtedy poinformowani o wszystkim, co dostrzegacie w najlepszy sposób z możliwych. Bez oszukaństwa ze strony umysłu, sterowanego wszystkim tym, co kiedyś wam wmówiono w procesach: edukacji i socjalizacji. Połączycie się z całym potencjałem. I to jest w tym wszystkim najważniejsze!
niedziela, 2 grudnia 2012
Pokolenie zaginione w akcji
Motto: : "Nasz najgłębiej zakorzeniony strach nie rodzi się z poczucia,
że coś z nami jest "nie w porządku". Najbardziej boimy się własnej,
niezmierzonej siły. Najbardziej lękamy się własnego światła, a nie
ciemności. Zadajemy sobie pytania: czy to możliwe, żebym był tak
błyskotliwy, piękny, utalentowany i bajeczny?
A przecież taki właśnie jesteś!
Jesteś Bożym dzieckiem. Pomniejszanie samej siebie w żaden sposób nie służy światu. Nie ma nic cudownego w tym, że kurczymy się, aby inni w naszym otoczeniu nie czuli się zaniepokojeni.
Urodziłyśmy się, aby ukazać obecną w nas bożą chwałę. Ona nie jest własnością wybrańców; jest częścią każdej z nas. Kiedy pozwolimy na to, żeby rozbłysło nasze wewnętrzne światło, to nieświadomie damy innym ludziom przyzwolenie, by również tak uczynili. Kiedy sami uwolnimy się od strachu, to nasza obecność automatycznie uwolni innych."
Marianne Wiliamson
Parafrazując tutaj film klasy „B” z Chuckiem Norrisem, grającym pułkownika Braddocka, który buszował w wietnamskiej dżungli i uwalniał amerykańskich jeńców - można zauważyć niepokojące tendencje do zagubienia naszego współczesnego pokolenia. Filmy takie jak ten, w jakimś sensie nas jednoczą, gdyż innych wtenczas nie było; w erze wprowadzania video i taśm VHS u nas w Polsce. Braddock i uwięzieni jeńcy uosabiają nienormalną sytuację ludzi w innym otoczeniu, aniżeli te, które dobrze znają. Są oni w pułapce wyboru, co, do którego zostali zmuszeni. Tamci – nakazem walki w Wietnamie, nasi – sytuacją ekonomiczną i pozostawaniem na garnuszku rodziców. Jedni i drudzy nie mieli wyjścia. Dla nich wszystkich wiąże się to z zagrożeniami: wojennym i emigracyjnym. Ich prawa jako jeńców czy emigrantów są ograniczone. Obydwie grupy mają obawy, także przed fizycznym unicestwieniem, jak na wojnie – bo i takie sytuacje miały miejsce – konflikty z otoczeniem, obozy pracy, gwałty, nacjonalizmy wymierzone przeciw młodym Polakom, czy wreszcie zwykła zawiść o sukcesy. To są niezaprzeczalne fakty. Żołnierze w filmie tracą wiarę w lepsze jutro; podobnie jak ludzie pracujący poniżej swoich możliwości, gnębieni przez tubylców, co narasta w miarę pogłębiających się kryzysów. Nasze pokolenie właśnie przez to osłabło, straciło ono swój dynamizm i rezon, pochowało gdzieś głęboko własne ideały; pośród niego rozpanoszyły się za to: egoizm, dorobkiewiczostwo oraz brak wiary we własne siły. Rozpoczęto wyjazdy na szeroką skalę, nie mogąc znaleźć sobie miejsca w kraju. Podobnie jak tytułowy Braddock, zamiast zaszywać się w wilgotnej tropikalnej puszczy zamieniło ją na miejskie i obce dla siebie dżungle Zachodu, jak choćby londyńska. Są tam marginalizowani – sukces odnieśli naprawdę bardzo nieliczni. I tak czują się tam nieswojo, identycznie jak amerykańscy żołnierze walczący w Wietnamie: zamiast oprotestować rzecz na miejscu i zjednoczyć się, aby zapewnić sobie i bliskim lepszy byt. Zwalczyć niekorzystne tendencje własnymi siłami, w ramach demokratycznych uprawnień i zgodnie z prawem. Na mocy swoich intelektualnych wyborów uwierzyć w przymioty i zdolności, jakimi dysponują. Jednak nie zrobili tego, wybierając ucieczkę w fizyczną pracę na Zachód, marnującą ich najlepsze lata życia do wysiłku, który mógł przynieść spodziewane efekty tu, na miejscu. Nie odnaleźli się w zawiłości rodzimych przepisów i ograniczeń dla ich startu. Państwo w niczym im zresztą nie pomogło. Chwalono się powszechnie, że „zwalczono bezrobocie” – a to wykreślając młodych bezrobotnych z urzędniczego rejestru albo posyłając ich do pracy na niewolnicze staże lub na Zachód, wszystkich jednakowo poniżej ich własnych kwalifikacji, aspiracji i tym samym oczekiwań. Zacznijmy jednak od samego początku i prześledźmy, jakie czynniki złożyły się na taki stan rzeczy:
Koniec lat 70 tych i początek lat 80 tych: w kraju obowiązuje kryzysowy piąty stopień zasilania w energetyce (dla niewtajemniczonych: często gaśnie światło), niewiele jest rzeczy na półkach, w telewizji pokazują mało wartościowych filmowych i programowych pozycji – może jedynie poza państwowymi i kościelnymi Świętami. Pomimo pełnego zatrudnienia, była wciąż mała siła nabywcza, zresztą i tak mało jest towaru do kupienia. Wcześniejsze pokolenie wyżu zaczyna zawierać małżeństwa właśnie w tym czasie. Ludzie są też wyraźnie zmęczeni ciężką i szarą rzeczywistością. Mało jest okazji na ucieczkę od niej. Jedną z dróg, niekontrolowaną przez ówczesne państwo pozostaje seks. Kobiety tuliły się do swoich partnerów, z ufnością w lepsze jutro. Relacje ludzkie nie są objęte późniejszą komercjalizacją i wszechobecną głupotą, jak w znanych nam obecnie czasach. Nie ma też takiego kiczu, plastiku i prania mózgów, jakie zauważamy obecnie; podczas gdy teraz mamy prawdziwe rozwydrzenie, to wtedy jeszcze antykoncepcja była w powijakach i dla wybrańców, nie zaś dla mas. Mało też ludzi było uświadomionych seksualnie, pozostawało im zazwyczaj działanie na instynkt; w zależności od poziomu inteligencji i erotycznej inwencji, czytać: skuteczności zabezpieczenia. Wciąż jeszcze obowiązywały przesądy o zachodzeniu w ciążę lub zabobony na tematy chorób wenerycznych. Wystarczy w tym celu przeczytać listy od czytelników w „Przyjaciółce”, „Filipince” lub w „Świecie kobiet”, aby się o tym przekonać. Inni mieli dzieci z miłości, nie chcąc kierować się jedynie konformizmem i zwykłym lenistwem. Kawalerom groziło płacenie podatku „bykowego” i nie uzyskanie mieszkania: premiowano w tym zakresie małżeństwa. W każdym razie przeważają pary,o singlach i ich kulturze mało kto słyszał lub zgoła wcale. Młodych małżeństw przez to nie brakowało, mimo trudności pobierali się, oszczędzając, jak to śpiewał Zbigniew Hołdys, na „telewizor, meble i mały fiat”. Pragną małej stabilizacji, albo chociaż jej namiastki,w tych niełatwych czasach. Niektórym się nie udaje, ci są wyraźnie niezadowoleni, prowokują rozliczne strajki w zakładach pracy; innym nie chce się monotonnie pracować na socjalistycznym etacie. Bardziej myślą o własnych karierach wbrew istniejącym przeciwnościom losu. Posiadanie licznej rodziny na utrzymaniu jeszcze bardziej ich do tego determinuje,. Im więcej młodych w tej sytuacji się znajduje, tym bardziej jest wokół niespokojnie. A podczas problemów dnia codziennego zostaje jedyna nieraz dla wielu,poza spotkaniami towarzyskimi i alkoholem, przyjemność. Taka, która potem procentuje, niczym najlepszy zasiew. Wkrótce rodzi się pokolenie, któremu nie odmawia się pewexowskich przyjemności, wykarmione na humanach, odżywkach i witaminkach, za ciężkie na owe czasy pieniądze i często z zachodnich paczek. Przynajmniej żywność była też wtedy bardziej naturalna, bez konserwantów: widać to po urodzie naszego pokolenia i jego dorodności. Siły też nam nie brakuje, rodzice dali z siebie wszystko, co najlepsze. Już wówczas mieliśmy wszelkie dane do przejęcia wpływu na świat, roztaczający się przed nami. Mogliśmy z powodzeniem być jego godnymi spadkobiercami. Buntownicy spod znaku polskiego rocka, inteligenccy outsiderzy przecierali nam szlaki. Nas zaś było nadspodziewanie dużo, odtrąbiono to wówczas szumnie w propagandzie PRL, w wielu filmowych kronikach. Nikt nie myślał, że zabraknie dla nas potem miejsc na dziennych studiach czy stanowisk pracy w przyszłości. Kto się wówczas tym przejmował? Zresztą w owym czasie wszędzie i tak dominował kult niezależności oraz samodzielnego myślenia, a przede wszystkim wolności. Co zaś było potem?
Nastąpił przełom lat 80/90 tych, dorastaliśmy. Byliśmy buntownikami, na jeszcze większą skalę niż nasi rodzice, o dziadkach nie wspominając. Wokół głośno buzował rock, jeszcze sięgały echa jarocińskiego punka, rodził się grunge, grano reggae. Gdzieniegdzie fascynowano się bluesem i jazzem, jeszcze inni skupiali się na elektro new wave czy new romantic, jakie wykwitło jeszcze w latach 80 tych. Niektórzy byli też wówczas zafascynowani ulotnym klimatem intelektualnej finezji zaklętej w poezji śpiewanej albo w mrocznym gotyku. Mieli jeszcze wyższe duchowe aspiracje od pozostałych. Dla lubiących bezpretensjonalną zabawę wkraczała scena elektronicznego dance’u. Każdy odnajdywał coś, co zamierzał, jakąś odpowiednią niszę, w którą się potem zagłębiał. Jedni sięgali po modne wówczas gry RPG, jeszcze inni zaczytywali w mniej lub bardziej ambitnych książkach. Mieli własne oryginalne zainteresowania. Spotykali się dla frajdy przebywania ze sobą, wymiany poglądów i rzeczowej dyskusji. Byli zainteresowani takimi zjawiskami i słowami jak przyjaźń, miłość, bezinteresowność, radość, pasja, dobrze pojęta niecierpliwość oczekiwania następnego dnia i jego wydarzeń. Nie rozmieniali się przy tym na drobne. Wyznaczali alternatywę, nowe trendy, własne ścieżki, którymi odważnie i dumnie kroczyli, w opozycji do schematycznych i sztywnych reguł gry, wyznaczanych przez technokratów oraz zgredów. Mieliśmy swoje środowiska, aktywnie je współtworząc i komunikując się pomiędzy sobą z pożądanymi przez nas rezultatami. Umieliśmy się dogadać, skutecznie wypracowując wartościowy dla nas wszystkich konsensus. Inni korzystali ze szkodliwych używek: oczywiście – znajdowali się pośród nas ludzie, którzy psuli siebie i innych, np. szkodliwymi nałogami (wtedy to wybuchła „epidemia” narkomanii kompotu, tak wykolejał ludzi krańcowy eskapizm). Jednak w większości mieliśmy do czynienia z afirmacją życia. Nie było to wszystko jakąś bezsensowną idealizacją,lecz wartością samą w sobie, że propagowano postawy witalizmu i działania. W licznej grupie ludzi – i nie jest tu mowa o środowiskach ZSMP. Wszędzie, gdzie się szło widać było młodość, jak na jakiejś propagandowej pocztówce z gierkowskich czasów. Jednak bezsprzecznie tak było, w miastach i wsiach pojawiło się nas bardzo wielu. Pośród nas także liderów, luminarzy, oryginałów oraz artystów życia, w pełnym tego słowa znaczeniu. Ewidentnie byliśmy JACYŚ! Nie przetworzeni i nie homogeniczni, jak jakieś sztuczne wytwory korporacji, dopasowani do pracy jako tryby wynaturzonego turbokapitalizmu – lecz koncepcyjni, kreatywni i młodzi ludzie, z charakterystycznym błyskiem w oku. Czy są nadal tacy wśród nas, którzy jeszcze pozostali tu na miejscu? Czy też może ostatni z nich zgasił już za sobą i swoimi ideałami przysłowiowe światło, wyjeżdżając na zmywak do Szkocji? Nastąpił kryzys, tym razem już nie tylko materialny, lecz także duchowy. Obciążający nasz stan radości, młodości i beztroski. Trudności dnia codziennego przełożyły się na stopniowy upadek naszej siły marzeń i natężenia dążeń. Z bezinteresowności wkroczyliśmy niestety w odwrotny doń kierunek – w stronę prywaty, niemożności dogadania się i wyznaczania własnego terytorium, już bez wcześniejszej otwartości na innych. Było to rażącym zaniedbaniem i błędem. Przestaliśmy się przez to wzbogacać, w przenośni i dosłownie. Nie wierzyliśmy już w siebie, nie walczyliśmy, usiedliśmy na przysłowiowej dupie, narzekając na wszystko jak milcząca większość. Daliśmy się stłamsić jakimś niewidzialnym demonom zwątpienia i stanęliśmy przez to w miejscu. A najgorsze było to, że przestaliśmy się rozwijać. Złożyło się na to szereg spraw i rzeczy.
Od lat 90 tych XX wieku mieliśmy do czynienia z falą kultu pieniądza. Myślano powszechnie, że handel rozwiąże wszystkie nasze bolączki i problemy. Bombardowano nasze umysły uciążliwymi reklamami. Wszędzie głoszono też hasła wytężonej pracy, błogosławieństwo nadgodzin (koniecznie bezpłatnych – rzekomo byliśmy na ciągłym dorobku jako naród) i ogólną religię ciągłego harowania od świtu do nocy w biurach, korporacjach u prywaciarzy – jednym słowem, gdzie się tylko da. Kto się sprzeciwił, wylatywał, niczym strącony w „Chińczyku” pionek. Nie obowiązywały żadne racjonalne usprawiedliwienia, wszyscy aktywni zawodowo mieli być zarobieni po uszy! W przeciwnym razie mogli zasilić, jak w tym ponurym dowcipie, największą armię w kraju – bezrobotnych. Nikogo nie interesowały czyjeś zainteresowania, jego osobowość, postawa, o godności już nie wspominając. Wszyscy dążyli do efektu finalnego, zwieńczającego wszelkie wysiłki, czyli do kasy. Nie bacząc kompletnie na negatywne koszty funkcjonowania w takim społeczeństwie. Odbijało się to na międzyludzkich stosunkach. Pierwszymi symptomami tych niekorzystnych zjawisk były: izolacja, interesowność, (czyli szukanie znajomości, które można było wykorzystać do pracy lub w handlu),sprzedawanie siebie, niczym jakaś dziwka, komercjalizacja wszelkich relacji i „towarowienie”wartości człowieka. Można by to określić najdobitniej słowami aktora i myśliciela, Krzysztofa Majchrzaka: „skurw się za grosze!”. Prawie wszystko można było kupić, nawet płatną miłość, ale o tym już się głośno nie mówiło. Obowiązywała jakaś zmowa w hipokryzji, w której byliśmy zanurzeni; czy tego chcieliśmy, czy też nie. To za nas określano reguły, a my nie mogliśmy narzucić swoich, nie byliśmy dobrze ze sobą zgrani podobnie jak klasy w szkole, do których uczęszczaliśmy. To nie mogło przypominać 1968 roku. Wykorzystywano nas, a my nawet nie śmialiśmy się temu przeciwstawić. Począwszy od reżimu szkolnego, gdzie faworyzowano utytułowanych, dzieci nowobogackich i innej maści „uzdolnionych” inaczej, z racji czyjegoś poważanego nazwiska rodzica w lokalnym światku, co przekładało się potem na edukacyjne relacje – już wtedy wiedzieliśmy tą rażącą, społeczną niesprawiedliwość, a jednak nie robiliśmy z tym kompletnie nic. Ktoś w naszym otoczeniu awansował, a inni mu zazdrościli, tylko dlatego, że miał dojścia, plecy, znajomości, nazwisko, czy wreszcie pieniądze. Lansowano go, z racji tych przymiotów, których większość już niestety nie posiadała. Inni musieli wszystko wydzierać dla siebie. Swoim autentycznym utalentowaniem, charyzmą, pasją, tym wszystkim, co sobą reprezentowali, buntem, ukierunkowaniem na cel. Tacy byli i są. Ufamy, że jest ich najwięcej, spośród tu wymienionych. Bo musimy i powinniśmy wierzyć w siebie, że sprostamy i że powiedzie się nam, wbrew temu, co próbują nam wmówić zawistnicy, albo osoby nam nieżyczliwe. Nawet wtedy, gdy wyrasta przed nami mur ignorancji, przeskoczymy go, jeśli zajdzie taka potrzeba. W naszej niepokorne i buncie tkwi siła, czemu więc nie przeskoczymy znów do naszych korzeni? Do życiodajnej symboliki młodości, skąd czerpiemy energię do naszych zamierzeń, do wszystkiego, co robimy dla innych i dla siebie (kolejność nieprzypadkowa – dając coś innym, wzbogacamy się najbardziej i poznajemy siebie najmocniej). Odwróćmy niekorzystny bieg wydarzeń i uwierzmy w nasze możliwości oraz energetyczne pokłady, których naprawdę mamy w sobie bardzo wiele. Otwórzmy się z powrotem na innych ludzi, jak za dawnych lat, bogatsi o nowe, obserwacyjne doświadczenia. Jesteśmy wyjątkowi, już teraz psychologowie i terapeuci ukuli określenie na nasze pokolenie, obejmujące przełom lat 70/80 – „Dzieci Indygo” (charyzmatycy, idealiści, romantycy i buntownicy, to jest nasza właściwa baza). To my powinniśmy zacząć zmieniać świat na lepsze, a nie ktoś za nas. Zrezygnować ze zbytniego ograniczania się indywidualizmem na rzecz działania zespołowego, dobrze pojętego; które jest określone naszym wspólnym dobrem. Jeżeli żyje nam się wszystkim przez to lepiej, to każdy z osobna też dzięki temu zyskuje. Obudźmy się wreszcie, czas zacząć działać, teraz jest do tego najwłaściwsza pora!
Po latach 90 tych rozpoczął się XXI wiek. Na pewno wielu z Was odczuło związane z tym przemiany, jak chociażby jeszcze większą rolę mediów, elektronicznych platform informacyjno – komunikacyjnych, Internetu, czy globalizacji. Można już swobodnie wymieniać się spostrzeżeniami, ludzie tworzą portale społecznościowe, czy też blogi, dzieląc się swoimi uwagami, obserwacjami na rozmaite tematy. W bardziej zwielokrotnionym stopniu, aniżeli dotychczas możemy wykorzystywać dostępne nam narzędzia medialne, tworzyć filmy, realizować własną muzykę, pisać, malować w programach graficznych, zakładać przedsiębiorstwa; robić to, co tylko chcemy – co przysłuży się ludziom i wniesie coś wartościowego do świata. Obowiązuje przy tym pełna mobilność oraz dowolność. Eksplorujemy czasoprzestrzeń, która za pośrednictwem Einsteina i Bergsona już dawno temu stała się względna. Jesteśmy Pionierami nowych stylów. Nie zaś biernymi wykonawcami ogłupiającego postmodernizmu, będącego jak najbardziej na rękę zainteresowanym tym niekorzystnym stanem rzeczy, gremiom. Powinniśmy zwrócić uwagę na jedną zasadniczą sprawę: silniejsi jesteśmy tylko razem. Jak wiązka trzciny: nie do złamania, każdy z nas osobno hartował się przez lata, to tym bardziej jesteśmy niepodatni na chore wpływy. Czasy „samotnych wilków, informatyków czy wszelkiej maści freelancerów, ślęczących nad swoimi wytworami, powinny minąć bezpowrotnie. Obowiązują konstruktywna krytyka i komunikacja. Powinniście wiedzieć jedno: przecież wszelkim korporacjom, instytucjom, koncernom czy sztywnym związkom chodzi o rozczłonkowanie i rozbicie jedności pokoleniowego światopoglądu. Skłóceni dają sobą łatwiej kierować i zarządzać, jak stado bezmyślnych baranów. Od dawna już wiadomo, że niewykształcony człowiek, w dodatku bez zaplecza nie jest w stanie niczego zmienić i robi bezwiednie to wszystko, co zalecają mu możni tego świata. Obecnie jakość myślenia uległa znaczącej poprawie, świadomość zyskuje na znaczeniu, a nienormalne fluktuacje związane z docenianiem przeciętności zaczynają być w widocznym odwrocie. Wiele rzeczy zostało do tej pory wytwarzanych tylko dla zaspokajania próżności i korzyści finansowej; natomiast teraz obserwujemy bardziej poszukiwanie nowych dróg rozwoju – skupianie się na aspektach niematerialnych, bo tylko one w większości dają pożądane szczęście i prawdziwe spełnienie. Bo, czy cieszymy się, mając nowe mechaniczne rzeczy i 850 wirtualnych „przyjaciół” na portalach? Zapewne czegoś nam brakuje, do tej nieskomplikowanej i prawdziwej radości, jaką mieliśmy w sobie w tamtych latach. Ponownie więc odkryjmy w sobie ta świeżość i autentyzm naszych przeżyć, które nas ukształtowały. Róbmy swoje, co do nas należy. Potrafimy i pokażemy, na co nas stać, wbrew tym wszystkim podstarzałym niedowiarkom, którzy uparcie i do znudzenia powtarzają, że nic się podobno już nie zmieni. Otóż my twierdzimy inaczej, pokazując, że można. A nawet trzeba!
P. S. Zainteresowanych klimatem tamtych czasów odsyłam do filmów Piotra Łazarkiewicza pt. „Fala” z 1985 roku, jak również warto pooglądać „Beats of Freedom – Zew wolności”,który to jakiś czas temu wszedł do polskich kin
A przecież taki właśnie jesteś!
Jesteś Bożym dzieckiem. Pomniejszanie samej siebie w żaden sposób nie służy światu. Nie ma nic cudownego w tym, że kurczymy się, aby inni w naszym otoczeniu nie czuli się zaniepokojeni.
Urodziłyśmy się, aby ukazać obecną w nas bożą chwałę. Ona nie jest własnością wybrańców; jest częścią każdej z nas. Kiedy pozwolimy na to, żeby rozbłysło nasze wewnętrzne światło, to nieświadomie damy innym ludziom przyzwolenie, by również tak uczynili. Kiedy sami uwolnimy się od strachu, to nasza obecność automatycznie uwolni innych."
Marianne Wiliamson
Parafrazując tutaj film klasy „B” z Chuckiem Norrisem, grającym pułkownika Braddocka, który buszował w wietnamskiej dżungli i uwalniał amerykańskich jeńców - można zauważyć niepokojące tendencje do zagubienia naszego współczesnego pokolenia. Filmy takie jak ten, w jakimś sensie nas jednoczą, gdyż innych wtenczas nie było; w erze wprowadzania video i taśm VHS u nas w Polsce. Braddock i uwięzieni jeńcy uosabiają nienormalną sytuację ludzi w innym otoczeniu, aniżeli te, które dobrze znają. Są oni w pułapce wyboru, co, do którego zostali zmuszeni. Tamci – nakazem walki w Wietnamie, nasi – sytuacją ekonomiczną i pozostawaniem na garnuszku rodziców. Jedni i drudzy nie mieli wyjścia. Dla nich wszystkich wiąże się to z zagrożeniami: wojennym i emigracyjnym. Ich prawa jako jeńców czy emigrantów są ograniczone. Obydwie grupy mają obawy, także przed fizycznym unicestwieniem, jak na wojnie – bo i takie sytuacje miały miejsce – konflikty z otoczeniem, obozy pracy, gwałty, nacjonalizmy wymierzone przeciw młodym Polakom, czy wreszcie zwykła zawiść o sukcesy. To są niezaprzeczalne fakty. Żołnierze w filmie tracą wiarę w lepsze jutro; podobnie jak ludzie pracujący poniżej swoich możliwości, gnębieni przez tubylców, co narasta w miarę pogłębiających się kryzysów. Nasze pokolenie właśnie przez to osłabło, straciło ono swój dynamizm i rezon, pochowało gdzieś głęboko własne ideały; pośród niego rozpanoszyły się za to: egoizm, dorobkiewiczostwo oraz brak wiary we własne siły. Rozpoczęto wyjazdy na szeroką skalę, nie mogąc znaleźć sobie miejsca w kraju. Podobnie jak tytułowy Braddock, zamiast zaszywać się w wilgotnej tropikalnej puszczy zamieniło ją na miejskie i obce dla siebie dżungle Zachodu, jak choćby londyńska. Są tam marginalizowani – sukces odnieśli naprawdę bardzo nieliczni. I tak czują się tam nieswojo, identycznie jak amerykańscy żołnierze walczący w Wietnamie: zamiast oprotestować rzecz na miejscu i zjednoczyć się, aby zapewnić sobie i bliskim lepszy byt. Zwalczyć niekorzystne tendencje własnymi siłami, w ramach demokratycznych uprawnień i zgodnie z prawem. Na mocy swoich intelektualnych wyborów uwierzyć w przymioty i zdolności, jakimi dysponują. Jednak nie zrobili tego, wybierając ucieczkę w fizyczną pracę na Zachód, marnującą ich najlepsze lata życia do wysiłku, który mógł przynieść spodziewane efekty tu, na miejscu. Nie odnaleźli się w zawiłości rodzimych przepisów i ograniczeń dla ich startu. Państwo w niczym im zresztą nie pomogło. Chwalono się powszechnie, że „zwalczono bezrobocie” – a to wykreślając młodych bezrobotnych z urzędniczego rejestru albo posyłając ich do pracy na niewolnicze staże lub na Zachód, wszystkich jednakowo poniżej ich własnych kwalifikacji, aspiracji i tym samym oczekiwań. Zacznijmy jednak od samego początku i prześledźmy, jakie czynniki złożyły się na taki stan rzeczy:
Koniec lat 70 tych i początek lat 80 tych: w kraju obowiązuje kryzysowy piąty stopień zasilania w energetyce (dla niewtajemniczonych: często gaśnie światło), niewiele jest rzeczy na półkach, w telewizji pokazują mało wartościowych filmowych i programowych pozycji – może jedynie poza państwowymi i kościelnymi Świętami. Pomimo pełnego zatrudnienia, była wciąż mała siła nabywcza, zresztą i tak mało jest towaru do kupienia. Wcześniejsze pokolenie wyżu zaczyna zawierać małżeństwa właśnie w tym czasie. Ludzie są też wyraźnie zmęczeni ciężką i szarą rzeczywistością. Mało jest okazji na ucieczkę od niej. Jedną z dróg, niekontrolowaną przez ówczesne państwo pozostaje seks. Kobiety tuliły się do swoich partnerów, z ufnością w lepsze jutro. Relacje ludzkie nie są objęte późniejszą komercjalizacją i wszechobecną głupotą, jak w znanych nam obecnie czasach. Nie ma też takiego kiczu, plastiku i prania mózgów, jakie zauważamy obecnie; podczas gdy teraz mamy prawdziwe rozwydrzenie, to wtedy jeszcze antykoncepcja była w powijakach i dla wybrańców, nie zaś dla mas. Mało też ludzi było uświadomionych seksualnie, pozostawało im zazwyczaj działanie na instynkt; w zależności od poziomu inteligencji i erotycznej inwencji, czytać: skuteczności zabezpieczenia. Wciąż jeszcze obowiązywały przesądy o zachodzeniu w ciążę lub zabobony na tematy chorób wenerycznych. Wystarczy w tym celu przeczytać listy od czytelników w „Przyjaciółce”, „Filipince” lub w „Świecie kobiet”, aby się o tym przekonać. Inni mieli dzieci z miłości, nie chcąc kierować się jedynie konformizmem i zwykłym lenistwem. Kawalerom groziło płacenie podatku „bykowego” i nie uzyskanie mieszkania: premiowano w tym zakresie małżeństwa. W każdym razie przeważają pary,o singlach i ich kulturze mało kto słyszał lub zgoła wcale. Młodych małżeństw przez to nie brakowało, mimo trudności pobierali się, oszczędzając, jak to śpiewał Zbigniew Hołdys, na „telewizor, meble i mały fiat”. Pragną małej stabilizacji, albo chociaż jej namiastki,w tych niełatwych czasach. Niektórym się nie udaje, ci są wyraźnie niezadowoleni, prowokują rozliczne strajki w zakładach pracy; innym nie chce się monotonnie pracować na socjalistycznym etacie. Bardziej myślą o własnych karierach wbrew istniejącym przeciwnościom losu. Posiadanie licznej rodziny na utrzymaniu jeszcze bardziej ich do tego determinuje,. Im więcej młodych w tej sytuacji się znajduje, tym bardziej jest wokół niespokojnie. A podczas problemów dnia codziennego zostaje jedyna nieraz dla wielu,poza spotkaniami towarzyskimi i alkoholem, przyjemność. Taka, która potem procentuje, niczym najlepszy zasiew. Wkrótce rodzi się pokolenie, któremu nie odmawia się pewexowskich przyjemności, wykarmione na humanach, odżywkach i witaminkach, za ciężkie na owe czasy pieniądze i często z zachodnich paczek. Przynajmniej żywność była też wtedy bardziej naturalna, bez konserwantów: widać to po urodzie naszego pokolenia i jego dorodności. Siły też nam nie brakuje, rodzice dali z siebie wszystko, co najlepsze. Już wówczas mieliśmy wszelkie dane do przejęcia wpływu na świat, roztaczający się przed nami. Mogliśmy z powodzeniem być jego godnymi spadkobiercami. Buntownicy spod znaku polskiego rocka, inteligenccy outsiderzy przecierali nam szlaki. Nas zaś było nadspodziewanie dużo, odtrąbiono to wówczas szumnie w propagandzie PRL, w wielu filmowych kronikach. Nikt nie myślał, że zabraknie dla nas potem miejsc na dziennych studiach czy stanowisk pracy w przyszłości. Kto się wówczas tym przejmował? Zresztą w owym czasie wszędzie i tak dominował kult niezależności oraz samodzielnego myślenia, a przede wszystkim wolności. Co zaś było potem?
Nastąpił przełom lat 80/90 tych, dorastaliśmy. Byliśmy buntownikami, na jeszcze większą skalę niż nasi rodzice, o dziadkach nie wspominając. Wokół głośno buzował rock, jeszcze sięgały echa jarocińskiego punka, rodził się grunge, grano reggae. Gdzieniegdzie fascynowano się bluesem i jazzem, jeszcze inni skupiali się na elektro new wave czy new romantic, jakie wykwitło jeszcze w latach 80 tych. Niektórzy byli też wówczas zafascynowani ulotnym klimatem intelektualnej finezji zaklętej w poezji śpiewanej albo w mrocznym gotyku. Mieli jeszcze wyższe duchowe aspiracje od pozostałych. Dla lubiących bezpretensjonalną zabawę wkraczała scena elektronicznego dance’u. Każdy odnajdywał coś, co zamierzał, jakąś odpowiednią niszę, w którą się potem zagłębiał. Jedni sięgali po modne wówczas gry RPG, jeszcze inni zaczytywali w mniej lub bardziej ambitnych książkach. Mieli własne oryginalne zainteresowania. Spotykali się dla frajdy przebywania ze sobą, wymiany poglądów i rzeczowej dyskusji. Byli zainteresowani takimi zjawiskami i słowami jak przyjaźń, miłość, bezinteresowność, radość, pasja, dobrze pojęta niecierpliwość oczekiwania następnego dnia i jego wydarzeń. Nie rozmieniali się przy tym na drobne. Wyznaczali alternatywę, nowe trendy, własne ścieżki, którymi odważnie i dumnie kroczyli, w opozycji do schematycznych i sztywnych reguł gry, wyznaczanych przez technokratów oraz zgredów. Mieliśmy swoje środowiska, aktywnie je współtworząc i komunikując się pomiędzy sobą z pożądanymi przez nas rezultatami. Umieliśmy się dogadać, skutecznie wypracowując wartościowy dla nas wszystkich konsensus. Inni korzystali ze szkodliwych używek: oczywiście – znajdowali się pośród nas ludzie, którzy psuli siebie i innych, np. szkodliwymi nałogami (wtedy to wybuchła „epidemia” narkomanii kompotu, tak wykolejał ludzi krańcowy eskapizm). Jednak w większości mieliśmy do czynienia z afirmacją życia. Nie było to wszystko jakąś bezsensowną idealizacją,lecz wartością samą w sobie, że propagowano postawy witalizmu i działania. W licznej grupie ludzi – i nie jest tu mowa o środowiskach ZSMP. Wszędzie, gdzie się szło widać było młodość, jak na jakiejś propagandowej pocztówce z gierkowskich czasów. Jednak bezsprzecznie tak było, w miastach i wsiach pojawiło się nas bardzo wielu. Pośród nas także liderów, luminarzy, oryginałów oraz artystów życia, w pełnym tego słowa znaczeniu. Ewidentnie byliśmy JACYŚ! Nie przetworzeni i nie homogeniczni, jak jakieś sztuczne wytwory korporacji, dopasowani do pracy jako tryby wynaturzonego turbokapitalizmu – lecz koncepcyjni, kreatywni i młodzi ludzie, z charakterystycznym błyskiem w oku. Czy są nadal tacy wśród nas, którzy jeszcze pozostali tu na miejscu? Czy też może ostatni z nich zgasił już za sobą i swoimi ideałami przysłowiowe światło, wyjeżdżając na zmywak do Szkocji? Nastąpił kryzys, tym razem już nie tylko materialny, lecz także duchowy. Obciążający nasz stan radości, młodości i beztroski. Trudności dnia codziennego przełożyły się na stopniowy upadek naszej siły marzeń i natężenia dążeń. Z bezinteresowności wkroczyliśmy niestety w odwrotny doń kierunek – w stronę prywaty, niemożności dogadania się i wyznaczania własnego terytorium, już bez wcześniejszej otwartości na innych. Było to rażącym zaniedbaniem i błędem. Przestaliśmy się przez to wzbogacać, w przenośni i dosłownie. Nie wierzyliśmy już w siebie, nie walczyliśmy, usiedliśmy na przysłowiowej dupie, narzekając na wszystko jak milcząca większość. Daliśmy się stłamsić jakimś niewidzialnym demonom zwątpienia i stanęliśmy przez to w miejscu. A najgorsze było to, że przestaliśmy się rozwijać. Złożyło się na to szereg spraw i rzeczy.
Od lat 90 tych XX wieku mieliśmy do czynienia z falą kultu pieniądza. Myślano powszechnie, że handel rozwiąże wszystkie nasze bolączki i problemy. Bombardowano nasze umysły uciążliwymi reklamami. Wszędzie głoszono też hasła wytężonej pracy, błogosławieństwo nadgodzin (koniecznie bezpłatnych – rzekomo byliśmy na ciągłym dorobku jako naród) i ogólną religię ciągłego harowania od świtu do nocy w biurach, korporacjach u prywaciarzy – jednym słowem, gdzie się tylko da. Kto się sprzeciwił, wylatywał, niczym strącony w „Chińczyku” pionek. Nie obowiązywały żadne racjonalne usprawiedliwienia, wszyscy aktywni zawodowo mieli być zarobieni po uszy! W przeciwnym razie mogli zasilić, jak w tym ponurym dowcipie, największą armię w kraju – bezrobotnych. Nikogo nie interesowały czyjeś zainteresowania, jego osobowość, postawa, o godności już nie wspominając. Wszyscy dążyli do efektu finalnego, zwieńczającego wszelkie wysiłki, czyli do kasy. Nie bacząc kompletnie na negatywne koszty funkcjonowania w takim społeczeństwie. Odbijało się to na międzyludzkich stosunkach. Pierwszymi symptomami tych niekorzystnych zjawisk były: izolacja, interesowność, (czyli szukanie znajomości, które można było wykorzystać do pracy lub w handlu),sprzedawanie siebie, niczym jakaś dziwka, komercjalizacja wszelkich relacji i „towarowienie”wartości człowieka. Można by to określić najdobitniej słowami aktora i myśliciela, Krzysztofa Majchrzaka: „skurw się za grosze!”. Prawie wszystko można było kupić, nawet płatną miłość, ale o tym już się głośno nie mówiło. Obowiązywała jakaś zmowa w hipokryzji, w której byliśmy zanurzeni; czy tego chcieliśmy, czy też nie. To za nas określano reguły, a my nie mogliśmy narzucić swoich, nie byliśmy dobrze ze sobą zgrani podobnie jak klasy w szkole, do których uczęszczaliśmy. To nie mogło przypominać 1968 roku. Wykorzystywano nas, a my nawet nie śmialiśmy się temu przeciwstawić. Począwszy od reżimu szkolnego, gdzie faworyzowano utytułowanych, dzieci nowobogackich i innej maści „uzdolnionych” inaczej, z racji czyjegoś poważanego nazwiska rodzica w lokalnym światku, co przekładało się potem na edukacyjne relacje – już wtedy wiedzieliśmy tą rażącą, społeczną niesprawiedliwość, a jednak nie robiliśmy z tym kompletnie nic. Ktoś w naszym otoczeniu awansował, a inni mu zazdrościli, tylko dlatego, że miał dojścia, plecy, znajomości, nazwisko, czy wreszcie pieniądze. Lansowano go, z racji tych przymiotów, których większość już niestety nie posiadała. Inni musieli wszystko wydzierać dla siebie. Swoim autentycznym utalentowaniem, charyzmą, pasją, tym wszystkim, co sobą reprezentowali, buntem, ukierunkowaniem na cel. Tacy byli i są. Ufamy, że jest ich najwięcej, spośród tu wymienionych. Bo musimy i powinniśmy wierzyć w siebie, że sprostamy i że powiedzie się nam, wbrew temu, co próbują nam wmówić zawistnicy, albo osoby nam nieżyczliwe. Nawet wtedy, gdy wyrasta przed nami mur ignorancji, przeskoczymy go, jeśli zajdzie taka potrzeba. W naszej niepokorne i buncie tkwi siła, czemu więc nie przeskoczymy znów do naszych korzeni? Do życiodajnej symboliki młodości, skąd czerpiemy energię do naszych zamierzeń, do wszystkiego, co robimy dla innych i dla siebie (kolejność nieprzypadkowa – dając coś innym, wzbogacamy się najbardziej i poznajemy siebie najmocniej). Odwróćmy niekorzystny bieg wydarzeń i uwierzmy w nasze możliwości oraz energetyczne pokłady, których naprawdę mamy w sobie bardzo wiele. Otwórzmy się z powrotem na innych ludzi, jak za dawnych lat, bogatsi o nowe, obserwacyjne doświadczenia. Jesteśmy wyjątkowi, już teraz psychologowie i terapeuci ukuli określenie na nasze pokolenie, obejmujące przełom lat 70/80 – „Dzieci Indygo” (charyzmatycy, idealiści, romantycy i buntownicy, to jest nasza właściwa baza). To my powinniśmy zacząć zmieniać świat na lepsze, a nie ktoś za nas. Zrezygnować ze zbytniego ograniczania się indywidualizmem na rzecz działania zespołowego, dobrze pojętego; które jest określone naszym wspólnym dobrem. Jeżeli żyje nam się wszystkim przez to lepiej, to każdy z osobna też dzięki temu zyskuje. Obudźmy się wreszcie, czas zacząć działać, teraz jest do tego najwłaściwsza pora!
Po latach 90 tych rozpoczął się XXI wiek. Na pewno wielu z Was odczuło związane z tym przemiany, jak chociażby jeszcze większą rolę mediów, elektronicznych platform informacyjno – komunikacyjnych, Internetu, czy globalizacji. Można już swobodnie wymieniać się spostrzeżeniami, ludzie tworzą portale społecznościowe, czy też blogi, dzieląc się swoimi uwagami, obserwacjami na rozmaite tematy. W bardziej zwielokrotnionym stopniu, aniżeli dotychczas możemy wykorzystywać dostępne nam narzędzia medialne, tworzyć filmy, realizować własną muzykę, pisać, malować w programach graficznych, zakładać przedsiębiorstwa; robić to, co tylko chcemy – co przysłuży się ludziom i wniesie coś wartościowego do świata. Obowiązuje przy tym pełna mobilność oraz dowolność. Eksplorujemy czasoprzestrzeń, która za pośrednictwem Einsteina i Bergsona już dawno temu stała się względna. Jesteśmy Pionierami nowych stylów. Nie zaś biernymi wykonawcami ogłupiającego postmodernizmu, będącego jak najbardziej na rękę zainteresowanym tym niekorzystnym stanem rzeczy, gremiom. Powinniśmy zwrócić uwagę na jedną zasadniczą sprawę: silniejsi jesteśmy tylko razem. Jak wiązka trzciny: nie do złamania, każdy z nas osobno hartował się przez lata, to tym bardziej jesteśmy niepodatni na chore wpływy. Czasy „samotnych wilków, informatyków czy wszelkiej maści freelancerów, ślęczących nad swoimi wytworami, powinny minąć bezpowrotnie. Obowiązują konstruktywna krytyka i komunikacja. Powinniście wiedzieć jedno: przecież wszelkim korporacjom, instytucjom, koncernom czy sztywnym związkom chodzi o rozczłonkowanie i rozbicie jedności pokoleniowego światopoglądu. Skłóceni dają sobą łatwiej kierować i zarządzać, jak stado bezmyślnych baranów. Od dawna już wiadomo, że niewykształcony człowiek, w dodatku bez zaplecza nie jest w stanie niczego zmienić i robi bezwiednie to wszystko, co zalecają mu możni tego świata. Obecnie jakość myślenia uległa znaczącej poprawie, świadomość zyskuje na znaczeniu, a nienormalne fluktuacje związane z docenianiem przeciętności zaczynają być w widocznym odwrocie. Wiele rzeczy zostało do tej pory wytwarzanych tylko dla zaspokajania próżności i korzyści finansowej; natomiast teraz obserwujemy bardziej poszukiwanie nowych dróg rozwoju – skupianie się na aspektach niematerialnych, bo tylko one w większości dają pożądane szczęście i prawdziwe spełnienie. Bo, czy cieszymy się, mając nowe mechaniczne rzeczy i 850 wirtualnych „przyjaciół” na portalach? Zapewne czegoś nam brakuje, do tej nieskomplikowanej i prawdziwej radości, jaką mieliśmy w sobie w tamtych latach. Ponownie więc odkryjmy w sobie ta świeżość i autentyzm naszych przeżyć, które nas ukształtowały. Róbmy swoje, co do nas należy. Potrafimy i pokażemy, na co nas stać, wbrew tym wszystkim podstarzałym niedowiarkom, którzy uparcie i do znudzenia powtarzają, że nic się podobno już nie zmieni. Otóż my twierdzimy inaczej, pokazując, że można. A nawet trzeba!
P. S. Zainteresowanych klimatem tamtych czasów odsyłam do filmów Piotra Łazarkiewicza pt. „Fala” z 1985 roku, jak również warto pooglądać „Beats of Freedom – Zew wolności”,który to jakiś czas temu wszedł do polskich kin
Subskrybuj:
Posty (Atom)